28.02.2015

Darjeeling Namring Upper FF 2014 FTGFOP1

Pod koniec lutego postanowiłem zaparzyć i opisać bardzo fajną herbatę, parzoną w niezwykłych naczyniach. Chodzi mi tutaj o herbatę Darjeeling Namring Upper, z pierwszych zbiorów w 2014 roku, zaparzoną w czajniczku wykonanym przez ceramika-artystę Andrzeja Bero, który zakupiłem za pośrednictwem wrocławskiej Czajowni. W sumie, to używam go pierwszy raz dla opisania herbaty na tym blogu. Jego atutem jest dla mnie to, że pomimo delikatnej surowości, jaką przedstawia sobą z zewnątrz, w środku jest szkliwiony, dzięki czemu mogę w nim parzyć różnego rodzaju herbaty, chociaż wybór zwykle pada na czarne (czerwone w nomenklaturze chińskiej).



Herbata, o której wspominałem, jest wersją upper tej, o której wspominałem w TYM poście. Upper, oznacza dodatkową selekcję, jakiej poddane zostają listki, przy jej produkcji - wybierane są jedynie te, pochodzące z górnej części ogrodu. 


Listki są koloru srebrzystego oraz zielonego. Widoczna jest na prawdę duża ilość nierozwiniętych, herbacianych pąków, w porównaniu z herbatą Darjeeling Namring FF 2014. Pachną bardzo mocno, świeżo. Po umieszczeniu ich w ogrzanym czajniczku, przypominają mi delikatnie aromat cytryny. Sam nie wiem czy taki mam akurat dzień, więc postanowiłem zaparzyć ją jeszcze raz, używając nowej ilości suszu, oraz tych samych parametrów. Moje odczucia były zdecydowanie takie same, jak za pierwszym razem. 

Parametry parzenia herbaty, jakie wykorzystałem to: 150 mililitrów, wrzątek, 2 gramy herbaty oraz 2 minutki. 


Po dwóch minutach, gotowy napar przelałem do szklanego cha hei. Jego kolor, określił bym jako słomkowy, klarowny. Zapach był delikatny, równie świeży. Przypominał mi niedojrzały owoc brzoskwini (ze względu na swoją delikatność i świeżość). 
Smak był lekki, całkowicie pozbawiony goryczki. Posmak herbaty na bardzo długo pozostawał mi w ustach.



Czareczka, widoczna na powyższym zdjęciu, została zakupiona w krakowskiej herbaciarni Czarka, przy ulicy Floriańskiej. Jak się dowiedziałem (dziękuję bardzo jeszcze raz za tę informację), jest autorstwa Jakuba Lewandowskiego. 

Co dotyczy jeszcze samej herbaty, listki po zaparzeniu ślicznie się rozwinęły i ożywiły. Widoczna jest ich młodość. Młode pączki po zaparzeniu, wyglądają nieziemsko. Zawsze ich delikatność, a także coś w rodzaju niewinności mnie rozczula.


Fajne jest to, że herbata ta była zbierana właśnie około roku temu. Mogę stwierdzić, że miałem dzisiaj mały przedsmak nadchodzących herbat z Darjeeling, z wiosennego zbioru 2015 roku, który nachodzi wielkimi krokami. Już dziś nie mogę się na nie doczekać, jak z pewnością wielu herbaciarzy...

23.02.2015

China Green Beauty

China Green Beauty, to chińska herbata, pochodząca z prowincji Yunnan. 


Zapach suchych listków jest naprawdę ciekawy. Odznacza się słodyczą, roślinno-czekoladową. Postanowiłem zaparzać je w szklanym gaiwanie. Kiedy włożyłem je do wygrzanego wcześniej naczynia, poczułem słodki, roślinny aromat. Przypominał mi zapach zielonych herbat koreańskich, które miałem kiedyś okazję próbować, a także coś z herbaty "Liu Pan Shui". Prawdopodobnie jest to spowodowane podobnymi warunkami, gdyż prefektura z której pochodzi ta herbata, graniczy z Yunnanem. 



2,5 grama listków, zalałem wodą przestudzoną do 70 st.C. Pierwsze parzenie trwało 2 minuty, kolejne - 3 minuty. Po tym czasie, przelałem gotowy już napar do jednej z moich ulubionych, ręcznie robionych czarek. Kolor okazał się zielony, jasnej oliwki, klarowny. 



W smaku herbata ta była bardzo delikatna, słodka, bez goryczy. W smaku miała także coś od koreańskich "sióstr". Była bardzo przyjemna. 



Listki po pierwszym zaparzeniu były bardzo ładne, ponieważ ich wygląd znacząco zmienił się w po równaniu z suchymi listkami. Można o nich z pewnością powiedzieć, że były one wtedy naprawdę "beauty" - przypominały lekko ugotowany szpinak :). Jednak po drugim parzeniu, ich wygląd znów diametralnie się zmienił, i nie wyglądały jak wcześniej. 

17.02.2015

Darjeeling Golden Tips Namring Upper SF FTGFOP1

Herbata Darjeeling Golden Tips Namring Upper SF FTGFOP1, pochodzi z plantacji Namring. Jak podaje sprzedawca, wyraz "upper" świadczy o dodatkowej selekcji, której poddawane są listki tej herbaty, gdyż tylko te, pochodzące z górnej części ogrodu są wykorzystywane do jej produkcji. 


Liście herbaciane w tym przypadku pochodzą z końca letnich zbiorów. Poddawane są one pełnemu procesowi fermentacji. 
Co widoczne jest na fotografii powyżej, herbata ta posiada naprawdę dużą ilość złotych pączków. 

Zaparzyłem je białym wrzątkiem, wykorzystując 2,5 grama na 150 ml. Czas, jaki wykorzystałem, to 3 minuty. Listki pachniały dość wytrawnie, z subtelną nutą gorzkiej czekolady. 



Po 3 minutach, napar ma śliczny kolor jasnego bursztynu. Odznacza się ogromną klarownością. W smaku wyczułem lekką goryczkę (która przy wcześniejszym, dłuższym zagłębianiu się w jej smak, zaczęła mi jakby przeszkadzać). Ale posmak jaki pozostawiała ta herbata w ustach, przypominał mi smak, który odczuwałem po zjedzeniu prażonego ziarna kakaowca. 


Kupując tę herbatę, nie myślałem, że będzie ona miała taką głębię oraz moc. Stąd też moje delikatne rozczarowanie. Ale tak jak nadmieniam - delikatne, co nie oznacza, że nie sięgnę po nią kolejny raz. 

09.02.2015

Złota Latarnia

Długo czekałem na tę chwilę, jednak zastanawiałem się jakie naczynie będzie odpowiednie, do zaparzenia tej herbaty. Dzisiaj doszedłem do wniosku, że ostatnio kupione, szklane cha hei, ze względu na swój rozmiar - będzie najbardziej odpowiednim. 

Herbatę, którą zaparzyłem dzisiaj, jest Złota Latarnia. W sumie, nazwa ta mówi niewiele. Można się jedynie domyślać, że złoty, może nawiązywać do złotych tipsów wykorzystanych do zawiązania tego małego, herbacianego bukieciku. I jest to słuszny trop, ponieważ można je łatwo znaleźć, gdyż jest ich wiele. 


Złota Latarnia, to porcja herbaty, o wadze około 2,8g, zwinięta w malutki bukiecik. Listki pochodzą z najstarszej chińskiej plantacji Yunnan. Przed zaparzaniem, rozwiązałem widoczny sznureczek, aby pomóc listkom swobodnie się rozwijać. 

Jak już wspomniałem, 2,8 gramowy bukiecik zaparzyłem w szklanym cha hei, 200 ml porcją wrzątku. Całość parzyłem około 5 minut, wykorzystując dodatkowo szklaną przykrywkę pochodzącą z mojego gaiwana. 



Kiedy włożyłem listki do ogrzanego cha hei, wyczułem śliczny, słodki aromat dojrzałych, czarnych winogron. Smak i aromat ten towarzyszył mi również przy degustacji, a także delektowaniu się zapachem gotowego naparu. Kolor wyszedł dość jasny, bursztynowy. Mam jeszcze jeden taki bukiecik, więc następnym razem chciałbym go zaparzyć w odrobinę mniejszej ilości wody, być może 150 ml. 



Co do smaku naparu, tak jak wspomniałem, był mocno winogronowy. Był bardzo bogaty, złożony, słodki. Po chwili odznaczał się lekką, minimalną, chwilową ale przyjemną cierpkością. 



Jeszcze kilka słów o czarce. Jest to czarka, z moich ostatnich zakupów w internetowym sklepie Czajnikowy.pl. Jest ona autorstwa polskiego ceramika-artysty Adama Soboty. W opisie podana była pojemność 170 ml, jednak spokojnie pomieści nawet 200 ml. Jej faktura jest niesamowita. Nie ma typowego szkliwienia, jednak jest delikatnie szorstka, przypominająca (może to głupie porównanie) gipsowy sufit. Ale tak jak mówię, cieszę się z jej zakupu, gdyż jest dla mnie niesamowita.


Druga próba:

Kolejnym razem (01.03.15r.) postanowiłem zaparzyć tę herbatę, używając szklanego gaiwana, o pojemności około 100ml. Uzyskałem tym sposobem trzy smaczne parzenia. Trwały one kolejno:

  • 2 minuty 30 sekund; 
  • 3 minuty; 
  • 4 minuty 15 sekund. 

Pierwsze parzenie dało kolor bursztynowy. W smaku był wyczuwalny winny aromat herbaty. Przy drugim parzeniu, uzyskałem ciemniejszy napar, który miał w sobie mniej wina, za to czułem w nim jakieś prażone nuty. W przeciwieństwie do pierwszego parzenia, w którym gorycz nie występowała, tutaj delikatnie dawała o sobie znać. Jednak nie trwało to długo. Pomimo tego, język i podniebienie miałem jakby delikatnie ścierpnięte.

Porównując to parzenie, z pierwszym, opisanym wyżej, mogę stwierdzić, że drugi sposób bije na łeb i szyję jedno, dłuższe i w większej ilości wody.

08.02.2015

Amanda Limon

źródło: urushop.co.uk
Czym jest yerba mate, opisywałem w >tym< poście. Dzisiaj odrobinę uwagi chciałem poświęcić konkretnemu naparowi - Amanda Limon. Jak sama nazwa wskazuje, listki yerba mate są aromatyzowane cytryną.

Co do samej marki "Amanda", możemy jako Polacy być chociaż trochę odrobinę dumni, ponieważ ta marka, pochodząca z Argentyny z prowincji Misiones, została założona przez polskich imigrantów - rodzinę Szychowskich. W ten sposób, możemy zauważyć, że nawet Polacy mają swego rodzaju wkład w kulturę yerby w Argentynie. Przede wszystkim, jest to jedna z najbardziej popularnych firm, oferujących yerbę, nie tylko w rodzimym kraju, ale również na świecie. 

Susz jest mielony dość grubo - znajdziemy w nim dość duże kawałki listków oraz patyczków. Nie ma w nim dużej ilości pyłu, więc smak jest delikatniejszy (w porównaniu z tymi pylastymi). Pachnie przyjemnie, jednak cytryny w zapachu musimy się doszukiwać. Sama w sobie (nawet w postaci skórki) nie występuje. 


Na dość spore naczynie użyłem dzisiaj 3 łyżek stołowych yerby. Listki zalałem wodą o temperaturze 70 st. C i odstawiłem na chwilkę aby naciągnęła. Zalane listki uaktywniają już aromat cytryny. Jest już łatwo wyczuwalny. Po chwili, postanowiłem zrobić pierwszy łyk. W smaku jest przyjemna, cytrynowa, z lekko odczuwalną, przyjemną goryczką. Co jest ważne, cytryna nie jest landrynkowa, jednak bardzo przypomina tę prawdziwą. Całość można zalewać kilkukrotnie, dopóki smak nie przestanie się tracić. Do tego najlepiej wykorzystać termos, z wodą określonej temperatury, aby łatwo dolewać sobie wodę do matero. 



Z pewnością yerba mate Amanda Limon mogę polecić osobom, które chcą rozpocząć przygodę z tym napojem, ponieważ smak cytryny odrobinę łagodzi naturalny, mocny smak yerby. Dodatkowo, jak wspomniałem, jest delikatniejsza, ze względu na małą ilość pyłu, a także grube listki.


04.02.2015

"Herbata" - W. W. Pochlebkina

Kolejną z pozycji o herbacie, na polskim rynku jest książka pt. Herbata rosyjskiego, a nawet radzieckiego historyka, kuchmistrza, skandynawisty, eksperta w dziedzinie stosunków międzynarodowych a także heraldyki - Wiliama Wasiljewicza Pochlebkina (1923-2000).
(źródło: https://ru.wikipedia.org/)

Książka, na szczęście, dalej jest do kupienia - jednak trzeba szukać jej w antykwariatach, czy na aukcjach internetowych, ponieważ została wydana w Polsce jeden raz - w 1974 roku. Pomimo, iż książka ma ponad 40 lat, nadal jest bardzo aktualna, pouczająca, a przede wszystkim wciągająca. Znajdziemy w niej wiele interesujących informacji czy nawet przepisów.

Na pierwszych kartach, znajdziemy genialny cytat, który na wstępie może być odebrany przez czytelnika, jako sygnał, że tak na prawdę o herbacie wie niewiele, jednak po lekturze książki W.W. Pochlebkina, ta wiedza poszerzy się nie tylko do niezbędnego minimum.

"Herbatę piją wszyscy, ale tylko nieliczni pić ją potrafią"

Książka składa się z następujących rozdziałów:
  • Znana nieznajoma;
  • Dlaczego mówimy "herbata";
  • Herbata jako roślina;
  • Sucha herbata (gdzie znajdziemy informacje o rodzajach, odmianach, gatunkach);
  • Skład chemiczny i właściwości herbaty;
  • Herbata jako napój;
  • Narodowe napoje herbaciane; 
  • Z czym i jak pić herbatę;
  • Wykorzystanie herbaty nie jako napoju. 
Wśród ciekawszych rzeczy, zamieszczonych w książce, możemy znaleźć informacje np. o dodatkach do herbaty, wykorzystywanych przez różne narody, gdzie oprócz klasycznych: mleka, cukru, syropu czy nawet różnego rodzaju przypraw, znajdziemy: sól, mąkę, kaszę, ryż, pieprz, czy masło jaka.

Przeczytać możemy kilka przepisów, gdzie herbatę wykorzystać możemy jako przyprawę, np. na rybę morską czy smażone mięso.


W książce znalazłem również wiele informacji, które wywarły na mnie różne emocje:

  • rzecz, która wywoływała mój ironiczny uśmiech: wzmianki wychwalające Związek Radziecki, typu "W herbacie gruzińskiej wykryto (...) związki mające znaczenie w odżywianiu tkanki nerwowej" lub "dzięki pracy radzieckich naukowców" itp. Według mnie trzeba brać je z przymrużeniem oka, jednak udowadniają, a przede wszystkim dokumentują, jaki wpływ na jednostkę miał wtedy system. 
  • rzecz, która bardzo mnie denerwowała: określanie herbaty oolong, jako herbaty czerwonej... jednak bardziej, denerwuje mnie fakt, że czasem dzisiaj (po 40 latach) dalej spotkać można takie sformułowanie. 
  • rzecz, która mnie zaskoczyła: pomimo, że zioło yerba mate znane jest od dawna, to całkiem popularne (według mnie) stało się stosunkowo niedawno. Jednak w tej książce, Pochlebkin już o nim wspomina, np. przy określeniu ilości kofeiny. 
  • rzecz, którą przede wszystkim zmieniłbym podczas ewentualnego wznowienia książki: określenie znanego nam dzisiaj gaiwana jako "haiwan" - drogą mojej dedukcji, myślę, że autor określił to naczynie w prawidłowy sposób: гайвань jednak zdarzają się słowa, w których literę "г" czasem wymawiamy jako "h" (jak w języku ukraińskim), więc z pewnością tłumacz wykorzystał tę metodę transkrypcji z języka rosyjskiego. 
W książce, pojawiają się również ciekawe określenia herbaty. Niektóre z nich zapisałem sobie, gdyż uważam je za idealne, a za razem wartościowe:
  • "skarbnica pożytecznych dla człowieka związków";
  • "liść herbaty [to] osobliwy magazyn chemiczny";
  • "liść herbaty [to] całe chemiczne laboratorium";
  • "w herbacie znajduje się prawie cały "alfabet" witamin".
Podsumowując, chciałem kolejny raz podkreślić, że pomimo swojego wieku, książka jest nadal aktualna. Zawarte są w niej informacje na tyle uniwersalne, że prawdopodobnie się nie zmienią. Pomimo kilku w/w minusów, lekturę uważam za interesującą, i niezbędną dla każdej osoby, która interesuje się, czy fascynuje tematem herbacianym. 

Moja ogólna ocena: 7,5/10