31.01.2016

Yong Xi Huo Qing

Późny wieczór, o ile nie noc, wcale nie oznacza że nie jest to dobra pora na herbatę. Wręcz przeciwnie... mam czasem wrażenie że cisza nocy, kiedy wszystko zaczyna powoli przygotowywać się do snu jest wyśmienitą porą aby poświęcić ją herbacie. Po wykonanych wszystkich obowiązkach, kiedy nie muszę już myśleć co jest do załatwienia itd. Dlatego tej nocy postanowiłem zaparzyć chińską zieloną herbatę Yong Xi Huo Qing, która pochodzi z prowincji Anhui.


Dwa pierwsze człony jej nazwy są pamiątką na cześć miasta, w którym została ona po raz pierwszy wyprodukowana. Dość ciekawe jest jej określenie w języku polskim, ponieważ jak się dowiedziałem, jej nazwa brzmi Ognista Królowa. Wspominałem kiedyś, że uwielbiam te nazwy, które mogą w ciekawy sposób dać nam wyobrażenie na temat danej herbaty. Pamiętam również, co odnosi się do jej produkcji, że zebrane flesze herbaciane poddaje się suszeniu, a następnie w partiach do 2kg umieszcza się między grafitowymi płytami, dzięki czemu wyglądają one w następujący sposób: zwinięte dość mocno, błyszczące kuleczki. Nie są one jednak tak ściśle zwinięte, jak to ma miejsce w przypadku gunpowdera Temple of Heaven.


Herbatę zaparzę w moim ostatnim klasycznym nabytku - porcelanowym gaiwanie, o pojemności 100 ml. Woda tym razem będzie miała temperaturę około 80 stopni. Samego suszu użyję 3 gramy. Parzenia będą trwały kolejno: I. 1min 30sek; II. 50sek; III. 1min 30sek; IV. 2min 30sek. 

Susz zaskoczył mnie swoim zapachem, ponieważ mam wrażenie że dominują w nim silne ziołowe nuty, między którymi w sposób nieśmiały chcą przedrzeć się suszone owoce. Po przełożeniu liści do ogrzanego gaiwana zapach stał się bardziej podpiekany z delikatnie wyczuwalną nutą ziół. Smak początkowo był delikatny z ziołowym posmakiem na pierwszym planie, a odrobina goryczki podkreślała wspomniane zioła. Po chwili ziołowy akcent przeradza się w coś bardziej ogólnego, powiedzmy roślinnego.


Drugie parzenie skróciłem, ze względu że liście wystarczająco się rozwinęły. Przy wydłużeniu pojawiała mi się niestety nieznośna dla mnie goryczka, która w tym przypadku totalnie schowała się za roślinnym posmakiem. Przy olejnym znowu na pierwszy plan wysunęły się zioła. Mam wrażenie że ta herbata, a właściwie posmak ziół gra ze mną w ciuciubabkę: uciekając gdzieś, żeby po chwili dać się złapać (przy czym nigdy nie wiem kiedy na nie natrafię).


Ostatnie parzenie dało największą goryczkę, jednak nie była ona taka, z jaką spotkałem się przy pierwszym kontakcie z Yong Xi Huo Qing. Listki po czterech parzeniach ładnie się rozwinęły, ukazując kształty listków z jakich została ona wykonana. 


Była to w sumie ciekawa herbata, która pokazała całkiem inne oblicze herbat chińskich w porównaniu z tym, jak sobie wyobrażałem je do momentu przed pierwszą jej degustacją. Pomimo początkowej niechęci do niej, ze względu na wspomnianą niemiłosierną goryczkę, aktualnie jest  dla mnie całkiem ciekawą pozycją. Jednak nie jestem pewien, czy wrażenia kojarzą się z Ognistą Królową?

26.01.2016

Silver Sprout czyli Srebrna Latorośl

Dawno nie pisałem o klasycznej zielonej herbacie. Zastanawiając się jaka będzie tą odpowiednią, w ręce wpadła mi klasyczna zielona z Chin - Silver Sprout. Srebrna latorośl, bo tak możemy przetłumaczyć jej angielską nazwę, pochodzi (w przypadku mojej) z prowincji Hubei, a dokładniej z ogrodu Maoba, usytuowanego w mieście Enshi, wbrew pojawiającym się w Internecie informacjom, że wytwarzana jest z prowincji Anhui. Widać że i tej herbaty dotyczy fakt, że nie powstaje ona tylko w mieście, z którego wywodzi się pierwotnie.


Jeżeli chodzi o jej listki, to są one ciemnozielone, a odcień ten ciekawie wpada w srebrzysty połysk. Nie pozostawia złudzeń, dlaczego taką nazwą została ona zatytułowana. Mają one w większości postać skręconych haczyków. Jednak jednym z ciekawszych rzeczy jest ich zapach. Jest ona niezwykle aromatyczna, z charakterystyczną warzywną nutką. Myślę nawet, że jest to stwierdzenie nie do końca prawdziwe, ponieważ osobiście zapach ten kojarzy mi się z przyprawą: słodką papryką. Jak pamiętam, było to moje pierwsze skojarzenie, kiedy się z nią zetknąłem i do dzisiaj się ono nie zmieniło.


Parzenie tym razem wykonam w szklanym czajniczku, co pozwoli mi zaobserwować zachowanie zalanych gorącą wodą listków. Proporcja klasyczna: 1 gram herbaty na 50 mililitrów, woda o temperaturze około 70 stopni. Pierwsze parzenie trwało 2 minuty, a kolejne klasycznie wydłużyłem o jedną minutę.

Napar pierwszego parzenia. 

Po zalaniu listków z czajniczka wydobywa się bardzo przyjemny aromat, który kojarzyć się może z zapachem suchych liści herbaty. Jednak najciekawszy jest przede wszystkim gotowy napar. Jego aromat pokazał całkiem inne oblicze. Nastąpił zwrot ku bardziej roślinnym nutom. Napar jest niezwykle aromatyczny. Na uwagę zasługuje fakt, że z jednej strony jest delikatny, natomiast z drugiej nie trzeba się doszukiwać smaku, ponieważ w swojej delikatności jest niesamowicie temperamentny. Jeżeli nie wiedziałbym o tym, że jest to herbata chińska, zastanowiłbym się, czy z łatwością przypasowałbym ją do właściwego państwa z którego się wywodzi. Daje to wyobrażenie o tym, że jest ona wielowymiarowa w swojej prostocie. Kolejne parzenie wodą o temperaturze 75 stopni dało napar odrobinę mniej aromatyczny z wyczuwalną goryczką, jednak dalej trzymający poziom.


Napar drugiego parzenia. 

Na koniec chciałem jeszcze podkreślić, że herbata jest na prawdę ciekawa. Z pewnością nie będzie ona odpowiadała każdemu, ale na pewno warto ją wypróbować. Jeżeli mieliście już z nią styczność, dajcie znać, z czym kojarzył się Wam zapach jej suchych liści.

23.01.2016

Yerba Mate Pipore Elaborada

Yerba mate, o której chciałbym dzisiaj napisać, to argentyńska marka Pipore. Ogólnie, w przypadku wszystkich yerb, oprócz smaku, bardzo podobają mi się ich opakowania. Niektóre z nich są takie wyszukane, inne jakby z zeszłej epoki, a niektóre są po prostu przyjemne, proste i nieprzesadzone. Opakowanie Pipore zaliczyłbym zdecydowanie do ostatniej grupy: czerwone tło, z białym napisem, oraz skromnym obrazeczkiem pośrodku opakowania. To coś, co według mnie cechuje dobry gust, z połączeniem prostoty wykonania.


Nawiązując do zawartości czerwonego opakowania: jest to yerba con palo, czyli oprócz liści ostrokrzewu znajdziemy tam trochę patyczków. Całość jest pocięta dość grubo, więc tak, jak na produkt argentyński przystało. Dodatkowo pomiędzy tym wszystkim znajdziemy też troszkę pyłu. No może troszkę więcej.


Susz koloru zielono-szarego pachnie przyjemnie, zdecydowanie bardziej roślinnie. Dymność gdzieś mi uleciała, ale płakać za nią w tym przypadku nie będę, ponieważ zawsze można sięgnąć po paragwajskiego klasyka - Pajarito, który cechuje się właśnie takimi nutami. 

Parzenie wykonałem tym razem w Palo Santo, którego używam do klasycznych yerb bez dodatków (chociaż na początku mojej przygody z yerbą sypałem tam też ziołowe i owocowe, ale na dzień dzisiejszy na szczęście nie czuć po nich pozostałości, za to naczynie przepięknie pachnie drewnem i żywicą - każdy, kto używa PS wie, że jest to coś niesamowitego). Samego suszu nasypałem z 2/3 naczynia, a woda, której użyłem miała temperaturę 70-75 stopni - czyli taką, jaką do yerby chyba lubię najbardziej.


Pomimo, że użyłem sporej ilości yerby, jest ona dość delikatna w smaku, jednak ma w sobie temperament w postaci przyjemnej goryczki, która nie jest dominująca. Czasem mam właśnie ochotę, żeby napić się czegoś dobrego, odrobinę słabszego, ale dającego kopa. A taka właśnie jest dla mnie yerba mate Pipore. Dużym plusem jest także zapewnienie konsumenta o tym, że yerba ta nie zawiera w sobie glutenu, co dla niektórych może być warunkiem, czy ją kupić, czy się jednak powstrzymać i wybrać inny produkt.


Chciałem jeszcze zaznaczyć, że z pewnością może się ona sprawdzić dla osób początkujących. Mój serdeczny kolega, kiedy zakupił zestaw do yerby, miał w pakiecie pół kilograma mate Pipore. Zeszła mu dość szybko jak na początkującego mateistę, i z tego co wiem pił ją z chęcią (czego nie mogę powiedzieć o sobie - pierwsza mate: niebieska Amanda zniechęciła mnie bardzo, ale niestrudzenie siorbałem ją, i się wtedy nie poddawałem... na szczęście).

17.01.2016

Świąteczna czarna herbata Nadin

Dzisiejszy post będzie o czarnej herbacie aromatyzowanej, którą otrzymałem od mojej padrugi, z którą spotkałem się w Cieszynie. Herbata, mogłaby się wydawać zwykłą, czarną aromatyzowaną herbata. I taką z pewnością jest... Ale muszę przyznać że ma coś w sobie, ponieważ już na wstępie podbiła moje serce i wywołała uśmiech na twarzy. To za sprawą tego prostego, ale jakże miłego i przyjemnego w odbiorze pudełeczka. Mam wrażenie, jakbym znalazł je wśród jakichś pamiątek rodziców, schowanych gdzieś głęboko na strychu, porzuconych wraz z PRL-em. Z resztą coś podobnego powiedzieli mi rodzice, kiedy przyjechałem z Moskwy, i przywiozłem różne rosyjskie konfiety. Jednomyślnie stwierdzili: smak, jaki znamy z dzieciństwa. I coś musiało w tym być, ponieważ smakowały jak żadne inne spotykane w Polsce cukierki. 


Po otwarciu tego magicznego pudełeczka, z napisem z życzeniami: s Nowym godom i Rożdjestwom!, zobaczyłem czarną dość drobną herbatę, zamkniętą w woreczku foliowym. Co przykuło moją uwagę, to fakt, że jest tam bardzo mało dodatków w postaci żurawiny i płatków róży. Bardzo klasyczny ale na szczęście nieudziwniony skład. Co więcej podana jest informacja o dodatku aromatu, jednak i on wydaje się być bardzo delikatny. Wychodzi na to, że oprócz klasycznego pudełka, mamy dość klasyczną mieszankę aromatyzowaną. 


Informacja podana na pudełku proponuje zaparzenie tej herbaty w proporcji 1 łyżeczka na filiżankę. Susz zalany wrzątkiem powinien zaparzać się 5-7 minut. Tak też zrobiłem. 

Aromat herbaty jest delikatny, przyjemny i odrobinę słodki, jednak dominuje w nim czarna herbata, co jest pozytywnym zaskoczeniem. To samo w smaku: czarna herbata z delikatnym posmakiem. Naprawdę może się ona spodobać nawet osobom, które takie mieszanki piją okazjonalnie. 


Z tej firmy mam jeszcze jedną herbatę, kupioną w czerwcu podczas wymiany. Po tym czajepitiu* myślę że i ona może okazać się dość fajnym produktem. 

16.01.2016

Mate na wzmocnienie

Czasem mate; czasem mate z zieloną herbatą; a dzisiaj mate z herbatą oolong. Połączenie brzmi ciekawie - jednak jak będzie ze smakiem? Zamiast się zastanawiać, lepiej wypróbować... dlatego dzisiaj chciałbym skupić uwagę na herbacie mate na wzmocnienie. Zwykle yerb, czy innych ziół nie nazywam herbatą (jak większość ludzi zorientowana w temacie), jednak w tym przypadku oolonga jest dość sporo, więc decyzja jest powiedzmy uargumentowana. Oprócz mate, chińskiego oolonga, znajdziemy w tej mieszance cząstki truskawek, płatki róży, oraz aromat pigwy. Całość uzupełnia także akcent wanilii. Na uwagę zasługuje również fakt, że yerba ta nie ma w ogóle pyłu, przez co każda bombilla sobie z nią poradzi, a parzenie w zaparzaczu czy sitku również się udaje, co wypróbowałem i w sumie polecam.


Naczynia do zaparzenia będą z pogranicza: kubek do herbaty, i bombilla do yerby. Na 200 mililitrów wody o temperaturze 80 stopni użyję około 2 łyżek suszu.


Po zalaniu suszu gorącą wodą, z kubeczka unosi się fantastyczny aromat, który do yerby pasuje mi idealnie. Owocowy zapach, połączony jest z lekkim podpiekanym herbacianym akcentem, Yerba nie jest wyczuwalna, i kryje się za wszystkim, o czym wspomniałem. Jeżeli chodzi o smak, to jest on delikatnie goryczkowaty, jednak smak owoców łagodzi to uczucie. Yerba jest wyczuwalna, tak jak herbata. Jednak liczne dodatki i aromaty nie oddają w pełni ich smaku. Dzięki temu ta pozycja może być urozmaiceniem codziennego siorbania, ale też pokusą dla osób zrażonych do mate, czy tych, którzy jej jeszcze nie znają, i zastanawiają się czy warto. A warto... Kolejne zalania wypłukują aromaty, dzięki czemu uzyskujemy bardziej klasyczny smak.


Ciekawe jest również to, że dzięki dodatkowi herbaty oolong, susz zwiększa swoją objętość dużo bardziej, niż zwykła mate, przez co lepiej użyć większego naczynia, albo odrobinę mniej mate. Wytrzymała ona kilka zalań, czyli standardowo - tyle, ile wytrzymują mieszanki na bazie mate green z herbaciarni.

04.01.2016

Tsui Yu Lugu

Dzisiaj będzie chyba o ostatnim tajwańskim oolongu, z jakim miałem w ostatnim czasie przyjemność się zapoznać (nie licząc Dongdinga z Cieszyna, który poczeka jeszcze na swoją kolej). Tsui Yu Lugu przeszedł proces oksydacji, który wynosi około 12-20%. Jest on nowym rodzajem herbaty. Wpisany został do rejestru herbat tajwańskich w 1981 roku. Bardzo ciekawe jest tłumaczenie na język polski nazwy herbaty, ponieważ Tsui "oznacza piękny, niebiesko-zielony kolor piór zimorodka", natomiast Yu to klejnot (źródło: eherbata.pl).


Tajwańskie oolongi zwykle parzyłem w gaiwanie, wykorzystując krótsze czasy parzeń przy zwiększonej ilości suszu. Jednak dzisiaj chciałem wypróbować i opisać parzenie w szklanym czajniczku, przy proporcji 1g herbaty na każde 50 ml wody - czyli parzenie podobne do tych, jakie zwykle oferują nam herbaciarnie. Woda, której użyłem miała około 90 stopni. Wykonałem tym sposobem trzy parzenia, które trwały kolejno: 1:30; 1:00; 2:30.


Liście tego oolonga pachną przyjemnie. Odznaczają się ciekawymi (jak zawsze) nutami kwiatów oraz wiosennych roślin, budzących się po zimie do życia. Jednak muszę przyznać, że Si Ji, oraz Jin Xuan Lugu zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu. Wyprzedzę trochę fakty, ale w smaku i brakuje mi czegoś i coś mi przeszkadza.


Smak naparu z pierwszego parzenia był aksamitny, kwiatowy i roślinny, ale nie tak śmietankowy, jak inne tajwańskie oolongi. Jednak tak jak już wspomniałem, dla mnie nie jest on powalający, tylko taki standardowy. Kolejne było podobne do pierwszego, i nie miało jakichś odmiennych cech. Ostatnie, zdecydowanie mniej kwiatowe i mniej aksamitne.


Niestety największą zaletą tej herbaty były jej liście. Po parzeniu (jak zwykle w przypadku takich oolongów) wypełniły one sporą część czajniczka. Po wyjęciu ich, zauważyłem że większość jest na prawdę pokaźnych rozmiarów. Jednak jeżeli chodzi o smak herbaty, to polecam oolongi, o których wspomniałem już wyżej. Moja ocena nie jest taka wyłącznie dla parzenia sposobem zachodnim, ponieważ podobne odczucia miałem w przypadku parzenia jej w stylu Gong-fu Cha.



Na koniec, w związku z tym że jest to pierwszy wpis w 2016 roku, chciałbym życzyć Wam zdrowia, pomyślności, radości i wyśmienitych herbat na Waszych herbacianych szlakach!