Na nocną degustację wybrałem dzisiaj (i wczoraj) Bai Hao oolonga, który także nosi nazwy: Oriental Beauty, Champagne oolong, oraz Fancy oolong. Pochodzi z Tajwanu, a jego oksydacja wynosi około 50-60%. Czyli zdecydowanie nie jest to lekki, zielony oolong - z takich, jakie lubię najbardziej. Nieraz pisałem, że wyższa oksydacja niestety mi nie leży, że mam wrażenie, że podpiekany aromat i smak jest w nich jakby identyczny, oraz że chyba nie potrafię docenić ich szlachetności... jednak w tym przypadku jest całkiem inaczej, co przyznam szczerze, nie tylko zdziwiło mnie, ale i w pewnym sensie usatysfakcjonowało - najwidoczniej nie zobojętniałem jeszcze na oolongi wyższej oksydacji, i jest dla mnie jeszcze ratunek... może nawet w przyszłości lepiej się z nimi zapoznam i zmienię zdanie?
Zapach suszu jest według mnie dość neutralny. Nie wyróżnia się niczym szczególnym: wyczuć można w nim taki mocniejszy akcent, może delikatnie miodowy. Nasila się on w znacznym stopniu po umieszczeniu liści w ogrzanym czajniczku.
Parzenie wykonałem w czajniczku autorstwa Andrzeja Bero. Niestety ostatnio rzadziej go używałem... a szkoda, ponieważ i pojemność ma bardzo dobrą (około 150ml), i przyjemną fakturę na zewnątrz. W środku jest szkliwiony, więc nie ma problemu jakie herbaty w nim można przygotowywać, a jakie nie. Woda o temperaturze 90 stopni gotowa, 4,5g suszu przygotowane, więc biorę się za parzenie. Trwały one kolejno: 0:45, 0:20, 0:40, 1:10, 2:30.
Napar okazał się złocistego koloru. Miód w aromacie był znacznie intensywniejszy i nawet przyjemniejszy niż ten, którym odznaczały się liście. Miód nie pozostawiał złudzeń, i z łatwością mogłem go zidentyfikować. To samo w smaku! aż niemożliwe, że herbata ta nie jest podkręcona jakimś dodatkiem w postaci aromatu. Całość zdecydowanie na plus.
Przy drugim parzeniu, kolor stał się bardziej złocisty, jednak w aromacie miodu było jakby mniej. To samo w smaku... miód gdzieś się schował, delikatnie dając o sobie znać gdzieś jakby pośrodku. Przy kolejnym kolor się nie zmienił, a wspomniany wspaniały miód znowu wyszedł na pierwszy plan.
Po wyciągnięciu liści z czajniczka zobaczyłem, jak różne liście zawiera w sobie ta herbata. Przed parzeniem, wydawały mi się one dość jednorodne, z wyjątkiem tych srebrzystych końcówek i pojedynczych jaśniejszych liści. Jednak po wykonanych pięciu parzeniach, widać bardzo ciemne akcenty, brązowe, i nawet zielone... Najbardziej podoba mi się ten kontrast pomiędzy najciemniejszym a najjaśniejszym odcieniem.
Ten oolong naprawdę dał mi do myślenia: przede wszystkim pokazał mi, że nie można kierować się w życiu wyłącznie doświadczeniami i myśleć stereotypowo, wrzucając wszystko do jednego wora. Herbata w takim razie nie tylko może łączyć i skupiać wokół siebie ludzi, ale przede wszystkim może uczyć pokory - jak to było dzisiaj ze mną oraz z Bai Hao oolongiem.
Parzenie wykonałem w czajniczku autorstwa Andrzeja Bero. Niestety ostatnio rzadziej go używałem... a szkoda, ponieważ i pojemność ma bardzo dobrą (około 150ml), i przyjemną fakturę na zewnątrz. W środku jest szkliwiony, więc nie ma problemu jakie herbaty w nim można przygotowywać, a jakie nie. Woda o temperaturze 90 stopni gotowa, 4,5g suszu przygotowane, więc biorę się za parzenie. Trwały one kolejno: 0:45, 0:20, 0:40, 1:10, 2:30.
Napar okazał się złocistego koloru. Miód w aromacie był znacznie intensywniejszy i nawet przyjemniejszy niż ten, którym odznaczały się liście. Miód nie pozostawiał złudzeń, i z łatwością mogłem go zidentyfikować. To samo w smaku! aż niemożliwe, że herbata ta nie jest podkręcona jakimś dodatkiem w postaci aromatu. Całość zdecydowanie na plus.
Przy drugim parzeniu, kolor stał się bardziej złocisty, jednak w aromacie miodu było jakby mniej. To samo w smaku... miód gdzieś się schował, delikatnie dając o sobie znać gdzieś jakby pośrodku. Przy kolejnym kolor się nie zmienił, a wspomniany wspaniały miód znowu wyszedł na pierwszy plan.
Następnie miodu w smaku i aromacie było niestety coraz mniej, co jednak można było przewidzieć.
Po wyciągnięciu liści z czajniczka zobaczyłem, jak różne liście zawiera w sobie ta herbata. Przed parzeniem, wydawały mi się one dość jednorodne, z wyjątkiem tych srebrzystych końcówek i pojedynczych jaśniejszych liści. Jednak po wykonanych pięciu parzeniach, widać bardzo ciemne akcenty, brązowe, i nawet zielone... Najbardziej podoba mi się ten kontrast pomiędzy najciemniejszym a najjaśniejszym odcieniem.
Ten oolong naprawdę dał mi do myślenia: przede wszystkim pokazał mi, że nie można kierować się w życiu wyłącznie doświadczeniami i myśleć stereotypowo, wrzucając wszystko do jednego wora. Herbata w takim razie nie tylko może łączyć i skupiać wokół siebie ludzi, ale przede wszystkim może uczyć pokory - jak to było dzisiaj ze mną oraz z Bai Hao oolongiem.