Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yunnan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yunnan. Pokaż wszystkie posty

23.02.2016

La Speciale: "Mgła nad Yunnan"; "Kenia o świcie" oraz "Yunnan Green Superior" od Five o'clock

Jakiś czas temu (a było to dosyć dawno), robiąc zakupy w jakże popularnym supermarkecie Biedronka, natrafiłem na promocję/wyprzedaż herbat La Speciale. Jako że czytałem o niektórych z nich na blogach, a były to naprawdę dobre opinie, postanowiłem kupić, wypróbować i oczywiście opisać, tym bardziej że 4,99 za 100g herbaty w tekturowej puszce kusi do wypróbowania. Każda z nich zawiera dwie celofanowe paczuszki, w których herbatę mamy podzieloną na równe porcje.

Grafika na wspomnianych puszkach jest przyjemna dla oka. Z tego co widziałem w Internetach, moje nieznacznie różnią się od tych, które były sprzedawane jeszcze wcześniej. Najbardziej podoba mi się rysunek na opakowaniu, przedstawiający filiżankę z naparem herbacianym na tle wzorku z określonymi odcieniami. Nie jest to przesadzone, a miłe...


Dzisiaj chciałbym skupić się na dwóch herbatach klasycznych: Mgła nad Yunnan (zielona) a także Kenia o świcie (w nomenklaturze europejskiej - herbata czarna). Jak widzimy, ich nazwy to połączenie elementu natury z określonym miejscem, co brzmi ciekawie, zachęcająco a przede wszystkim obiecująco.

Chciałem zaznaczyć, że w obu przypadkach liście (biorąc pod uwagę różne czynniki) wyglądają naprawdę świetnie. Czy to w przypadku zielonej, gdzie mamy do czynienia z liśćmi, wśród których znajdziemy także te młodsze oraz pączki, czy w czarnej, gdzie susz jest drobniejszy (fakt - jest to herbata broken) jednak ciekawie wyglądają złote przebsłyski wśród ciemnych, czarnych liści. Najlepiej widać to na fotografii:


Zacznę oczywiście od tej, którą piję częściej - zielonej Mgły nad Yunnan. Informacja na opakowaniu podaje, że jest to zielona herbata liściasta Orange Pekoe (OP). Również w rubryce "składniki" nie znajdziemy nic więcej, poza informacją, że pochodzi ona z Chin. Odnośnie do parzenia, podana została instrukcja, aby do filiżanki (200ml) wsypać 1 łyżeczkę suszu i zalać gorącą, ale nie wrzącą wodą. Parzenie powinno trwać 3-5 min. Z samymi parametrami warto eksperymentować, ponieważ uważam że można z niej wyciągnąć naprawdę coś lepszego. W związku z tym, że dzisiaj tę pozycję testuję, liście zaparzę zgodnie z zaleceniami, wykorzystując wodę o temperaturze ~85 stopni.

Napar pierwszego parzenia.

Kolor naparu różni się od tego co widzimy na załączonym obrazku, jednak wydaje mi się, że jest bardziej zachęcający: jaśniejszy, żółty. Aromat tej herbaty jest silnie roślinny, trawiasty. Natomiast smak jest wielkim zaskoczeniem. Połączenie delikatności, z roślinną nutą oraz bardzo słabą, wyczuwalną minimalnie nutą wędzenia (jest naprawdę znikoma). Przyjemna słodycz daje o sobie pamiętać już przy pierwszym kontakcie. Jest to dobrej jakości, zielony Yunnan - a tego reklamować nie trzeba. Jako herbata codzienna do zaspakajania pragnienia sprawdzi się wprost idealnie. Z racji wyglądu liści, że nie są jeszcze w pełni rozwinięte, postanowiłem zaparzyć ją jeszcze raz, zwiększając czas do podanego przez producenta maksimum. I tym razem nie ma goryczki, jednak samo wędzenie jakby wzrosło, a słodycz proporcjonalnie zmalała. Jednak dalej uważam, że jest ona po prostu dobra.

Drugie parzenie. 

Druga, czarna herbata pochodzi oczywiście z Kenii. Tym razem mamy do czynienia z liściem Golden Flowery Broken Orange Pekoe. Parametry parzenia są podobne do wcześniejszych, z tą różnicą, że tutaj wykorzystujemy wrzątek i parzymy po prostu 5 minut. Jakiś czas temu, na Facebooku pisałem o tym, że w telewizji był emitowany film Na szlaku herbaty. Właśnie wtedy zaparzyłem sobie jej cały czajnik... Nie uwierzycie, jak herbata ta ewoluowała z każdą minutą filmu... Każda informacja, czasem wstrząsająca, pokazywała mi tę herbatę w całkiem innym świetle (jako pozycję właśnie z Afryki). I chyba wtedy doceniłem ją najbardziej... Popatrzyłem na nią poprzez trud, nagminne wykorzystywanie ludzi, oraz łamanie prawa do godnego życia. Stała się wtedy czymś więcej, niż codzienną, zwykłą, czarną herbatą.


Po zaparzeniu (zgodnie z zaleceniami producenta) otrzymujemy napar koloru z pogranicza czerwieni wpadającej w bordo. Aromat naparu wydaje się czekoladowy, z jakimiś owocowymi nutami. Smak, po 5 minutach parzenia też jest pozytywnym zaskoczeniem, ponieważ napar się nie przeparzył. Nie cechuje się silną goryczą i jest umiarkowanie delikatny. Po chwili czuję z tyłu podniebienia kakaowo-czekoladową nutę. Napar pozostawia dość przyjemny posmak w ustach.


Na zakończenie chciałem podkreślić, że cena nie jest adekwatna do jakości, w dobrym tego słowa znaczeniu, co jest w sumie największym zaskoczeniem. Nie mamy tutaj byle jakiego towaru, zapakowanego w ładne pudełko, które ma zachęcić do kupienia. Jednak po filmie, o którym już wspomniałem, nachodzą mnie różne refleksje (w powiązaniu z ceną towaru), jednak nie będę już tego rozwijał... tym razem był to tylko opis naprawdę dobrych herbat z supermarketu.

P.S. Z tego co zauważyłem, herbata Kenia o świcie była dostępna jakiś czas temu w Biedronce tym razem pod marką Green Hills. To samo tyczy się Truskawkowego wzgórza, o którym wkrótce... Także powiedzmy, że c.d.n.

Edit: (Yunnan Green Superior od Five o'clock)
W swoim barku z herbatami znalazłem jeszcze próbkę herbaty "Yunnan Green Superior" marki Five o'clock. Same listki herbaty są do siebie naprawdę podobne. W związku z tym chciałem zrobić małe porównanie tego zielonego Yunnana, z tamtym zielonym Yunnanem.

Próbując przypomnieć sobie zapach tamtej herbaty, jednak z tego co zauważyłem nawet opis mi nie pomoże. Pamiętam, że smak był wielce zadowalający, jeżeli mówimy o herbatach z marketu. W przypadku tej pozycji, zapach jest naprawdę wyborny: delikatna kwiatowa i roślinna nuta. Nie jest ona ani wędzona, ani pieczona. Pamiętam że w dzieciństwie zbierałem jakieś kwiaty (bardzo to lubiłem), które pachniały dokładnie identycznie. Ta herbata niesie za sobą miłe wspomnienia...


Parzenie natomiast wykonałem tym razem w stylu "europejskim". Suszu miałem około 10 gramów, więc całość zalałem 0,5l wody. Idąc za radą sklepu, temperatura miała 70 stopni C. Założyłem na wstępie, że wykonam 2 parzenia, które trwały kolejno: 3 minuty i 5 minut.


Oczywiste jest to, że herbata wyszła delikatniejsza, ponieważ użyłem chłodniejszej wody. Jednak sprawdza się stwierdzenie: sprzedawca wie co sprzedaje i jak traktować swój produkt. Dzięki temu napar wyszedł naprawdę pełny, z delikatną goryczką (taką, o jaką chodzi w herbatach zielonych z Yunnan). Zdecydowany smak, roślinno-kwiatowa nuta, umiarkowana moc dają naprawdę wspaniałe efekty.

Jest to herbata naprawdę ekonomiczna. Idealnie sprawdzi się jako herbata codzienna, gdyż smak, jakość liści, wygląd naparu są naprawdę na wysokim poziomie przy takiej cenie.

15.07.2015

Yunnan White Silk 2014

Jesienią ubiegłego roku skusiłem się na herbatę Yunnan White Silk 2014. Jednak od tego czasu nie było mi dane, aby ją zaparzyć... sam nie wiem dlaczego. Ale dzisiaj, kiedy wstałem rano, pomyślałem o tej herbacie, i stwierdziłem że to ten dzień. 


Jak sama nazwa wskazuje, jest to biała herbata z prowincji Yunnan, ze zbiorów w 2014 roku. A zastanawiać się nad jej zakupem nie musiałem, ponieważ gdy tylko ją zobaczyłem, a że nigdy wcześniej nie piłem herbaty białej z Yunnanu, bezzwłocznie się zdecydowałem. 


Listki są przepiękne, pachną delikatnie trawiasto i ziołowo - bardzo przyjemnie. Parzenie w szklanym gaiwanie, temperatura około 80 st. C. i 2g herbaty. Pierwsze parzenie trwało 2 minuty. Napar delikatnie zielonkawy, prawie przeźroczysty. Smak bardzo delikatny, totalnie pozbawiony goryczki, delikatnie słodki. Przywodzi mi na myśl bardzo delikatną wersję herbaty pi luo chun. Kolejnym razem skuszę się, aby przytrzymać jednak listki trochę dłużej, aby smak był bardziej wyrazisty, gdyż teraz niestety nie odznaczał się jakimiś szczególnymi cechami. 


Przy drugim parzeniu, listki przetrzymałem do 3 minut i 30 sekund. Kolor w żadnym stopniu się nie zmienił. Smak mniej słodki, jednak poza tym faktem, się nie zmienił. Dalej był bardzo, bardzo delikatny. 


Ostatnie, trzecie parzenie postanowiłem wykonać o wiele dłużej - 7 minut. Czas ten dalej nie wyciągnął z herbaty ani mocy, ani jakiejkolwiek goryczki. Dalej był delikatny. Smak odrobinę się zmieniał za każdym razem, jednak cały czas oscylował wokół tego samego, i nie wyróżniał się niczym szczególnym. 


Herbata, pomimo wielkich nadziei, niczym szczególnym mnie nie zaskoczyła... mam jednak nadzieję, że zmieniając parametry przy kolejnym parzeniu, odkryję w niej to, czego próbowałem się doszukać. 


31.03.2015

Yunnan Grand 2014

Jesienią ubiegłego roku kupiłem dwie niezwykłe herbaty z Yunnanu, jednak dość długo zwlekałem z ich zaparzeniem, oraz opisaniem na blogu. Ostatnio w końcu się zdecydowałem na zaparzenie, a dzisiaj postanowiłem o jednej z nich napisać kilka słów. 

"Yunnan Grand 2014", jak sama nazwa wskazuje, to niezwykła herbata. Składa się ona wyłącznie z najmłodszych herbacianych pączków, oraz całych fleszy. Podczas procesu produkcji, listki przez krótki czas suszy się, a następnie formuje się z nich te niesamowite, czarno-złote, długie igiełki. W przypadku tej herbaty, fermentacja nie przekracza 70-75%.


Herbatę postanowiłem zaparzyć w moim ulubionym do herbat czarnych (chińskich czerwonych) czajniczku, który wyszedł z pracowni Andrzeja Bero.


Czajniczek ten (jak już kiedyś wspominałem) ma pojemność 150 mililitrów. Użyłem 7 gram herbaty, a także wody o temperaturze 96 st. C. Przy takich parametrach, udało mi się wykonać 8 parzeń, które trwały kolejno: 25s.; 35s.; 45s.; 55s.; 1min.5s.; 1min.45s.; 2min.30s.; 4min. 

Suche listki w ogrzanym czajniczku dały bardzo złożony zapach. Niby słodki, jakby podpiekany, lekko winny, jednak trudny do dokładniejszego zidentyfikowania. Winny aromat był o wiele słabszy, wręcz prawie nie wyczuwalny, w porównaniu z tym, który znam z innych, czarnych herbat z Yunnanu. 

Pierwszy napar ukazał piękny, bursztynowy kolor, który nie zmieniał się przy kolejnych parzeniach. Zapach był już bardzo winny, czego właśnie brakowało mi w zapachu samych liści. Smak był bardzo słodki, delikatny.



Kolejne parzenie przypominało mi smak lekko podpieczonej na ognisku białej kapusty, któremu towarzyszyła goryczka, oraz cierpkość pozostająca na długo na języku i podniebieniu. To parzenie (jako jedyne) nie przypadło mi do gustu - być może parzyłem o kilka sekund za długo.


Następne parzenia również dawały bardzo delikatny, lekko kapuściany posmak. Jednak na pierwszy plan wysunął się ten charakterystyczny, winny smak. Od 5. parzenia, kolor naparu ewidentnie słabł, smak robił się coraz bardziej delikatny, przez co za każdym razem wydłużałem czas.


Herbata z pewnością należy do tych z wyższej półki, jednak z racji tego, że na tym gatunku znam się najmniej, wydaje mi się, że nie byłem w stanie docenić w pełni tego, co oferuje. Niemniej bardzo mi smakowała, i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, gdyż jest połączeniem klasyki i wyższej klasy. 

21.03.2015

Pu-erh w mandarynce

Inspirując się herbatą pu-erh, zamkniętą w malutkiej mandarynce, postanowiłem coś podobnego stworzyć u siebie. Długo chodził mi ten pomysł po głowie, jednak wcześniej nie nadarzyła mi się do wykonania tego okazja. Dzisiaj, kiedy piekliśmy w domu ciasto, postanowiłem na szybko nafaszerować wydrążoną mandarynkę herbatą, i zapiec ją. Do wykonania użyłem pu-erha, sprzedawanego w sklepie eherbata.pl jako "Pu-erh (5-7 lat)", którego dostałem swego czasu w prezencie, zamawiając innego, prasowanego (który także doczeka się swego wpisu... kiedyś :).




Małą ilość herbaty, bo jedyne 5 gram (aby zużyć całość na raz), włożyłem do wydrążonej mandarynki, zostawiając odrobinę jej miąższu. Piec miałem nagrzany na 180 st. C., i nie określę dokładnie ile całość tam siedziała, ale myślę, że ponad 40 minut spokojnie. Po wyjęciu całości z piekarnika, i uchylając "wieczko", poczułem zapach, który kojarzy mi się z pomarańczową melasą do shishy, która siedzi w cybuchu, i której dym błogo wciągam sobie przez węża. 



Listki z mandarynki użyłem w całości, dodając kilka kawałeczków skórki z mandarynki. W gaiwanie o pojemności 150 mililitrów, używając świeżego wrzątku, zaparzałem herbatę czterokrotnie. Wyjątkowo, postanowiłem nie budzić herbaty, aby nie stracić smaku owocu. Pierwsze parzenie (w tym wypadku właściwe), trwało około 30 sekund. Napar, który ukazał się moim oczom, był brązowo-bordowy, jednak lekko mętny. Zapach z gaiwana, przypominał mi świeżo upieczone ciasto pomarańczowe, wyjęte z piekarnika. Smak był bardzo delikatny, lekko ziemisty, z mocną nutą pieczonej mandarynki. Przy dopijaniu resztki pierwszego parzenia, napar okazał się dużo bardziej cytrusowym. 


Drugie parzenie (1 minuta), dało już napar klarowny, koloru charakterystycznego, dla pu-erha w wersji shu. W zapachu czuć było delikatną mandarynkę. Smak - to słaba ziemistość, mocne pieczenie (ale pieczenie bez udziału mandarynki). 


Trzecie parzenie (2 minuty) oraz czwarte (5 minut) dały bardzo przyjemne napary, dużo delikatniejsze niż poprzednie, ale bardzo smaczne. Ostatnie wypiłem już jako zimne, ponieważ nie miałem możliwości wypić go na świeżo, i skupić się nad nim. Ale ważne jest to, że w schłodzonej formie, ta herbata jest chyba smaczniejsza.


Ogólnie, eksperyment uznaję za udany, pomimo że spodziewałem się większych fajerwerków. Jednak jeżeli kiedyś będę mieć mandarynki, a w międzyczasie do pieca będzie miało trafić ciasto - zrobię kolejny raz zapiekaną mandarynkę z pu-erhem.

19.03.2015

Chińska Karawana

Dnia dzisiejszego, tuż po północy, postanowiłem zaparzyć sobie jakąś herbatę. Wybór padł na Chińską Karawanę, czyli mieszankę kilku klasycznych herbat: pochodzących z Yunnanu, które charakteryzują się mocnym, winnym aromatem oraz dymnej herbaty z akcentem suszonej śliwki. Całość dopełniają złote, herbaciane flesze, również pochodzące z Yunnanu. Jak informuje nas sprzedawca, mieszanka ta stanowi nawiązanie do XVIII wieku, kiedy to wielbłądy transportowały różne produkty, w tym także herbatę, szlakiem z Chin do Europy.


Do zaparzenia tej herbaty użyłem mojego 150 mililitrowego czajniczka wykonanego przez Andrzeja Bero, a także niedawno zakupionej czareczki, wykonaną przez Williego. Woda do zaparzenia herbaty miała równo 96 stopni C. Na wcześniej wspomnianą pojemność 150 ml, użyłem 7 gram suszu.



Suche listki pachną słodko, z charakterystycznym, dość mocnym akcentem podwędzania. Charakteryzują się na prawdę dużą ilością złotych tipsów. Po włożeniu listków do ogrzanego czajniczka, bardzo mocno uaktywnia się jej słodycz, natomiast wędzenie przechodzi na drugi plan. Dobrze to zapowiadało na przyszłe parzenie, gdyż za klasycznym Lapsangiem to niestety nie przepadam.


Pierwsze parzenie trwało jedynie 30 sekund. Kolor bardzo ciemnego bursztynu, przechodzący nawet w ciemny brąz (na fotografii wydaje się dużo jaśniejszy, w porównaniu z tym, jaki był w rzeczywistości). Listki w czajniczku pachniały przyjemnie. Zapach najbardziej zbliżony był do wspominanej wędzonej śliwki. Smak okazał się winny. Delikatny posmak wędzenia w tle, dopełniał smak słodkiego wina. Najważniejsze okazało się jednak to, że nie był on tak nachalny.


Drugie parzenie - 45 sekund. Kolor w tym przypadku (jak również podczas wszystkich parzeń, z wyjątkiem ostatniego, zbytnio się nie zmieniał - zawsze był dość ciemny, brązowo-bursztynowy). W smaku dominowała tym razem wędzona nuta. Dodatkowo pojawiła się minimalna goryczka, którą najpierw wyczułem na ustach, potem na podniebieniu. Listki w czajniczku pokazały tym razem akcent jakby czegoś pieczonego.


Kolejne, czyli trzecie parzenie, które wykonałem trwało 1 minutę 10 sekund. Smak wędzenia nie był na początku tak silny, jak podczas drugiego, jednak w jego miejsce powróciło wino. Pod koniec, kiedy herbata odrobinę przestygła, powróciła dymność.

Wykonałem jeszcze czwarte (1 minuta 50 sekund) oraz piąte parzenie (3 minuty). To ostatnie dało dużo jaśniejszy napar, bardzo delikatny, który stanowił zwieńczenie całej degustacji, gdyż w łagodny sposób ukazał cały potencjał herbaty, oraz wszystkie jej smaki.

Po degustacji, kiedy przyglądałem się liściom, z łatwością mogłem zauważyć wiele rozwiniętych podczas parzenia, młodych pączków herbacianych.



Zdecydowanie muszę podkreślić, że ta herbata nie jest nudna, pomimo swojej klasyki. Parzenia na prawdę ewoluowały... za każdym razem odkrywałem coś innego. Jedyna rzecz, która jak już wcześniej wspomniałem, zbytnio się nie zmieniała - to kolor naparów. Degustację uważam za bardzo udaną, pomimo że nie jestem fanem herbat czarnych (chińskich: czerwonych), a tym bardziej wędzonych.

23.02.2015

China Green Beauty

China Green Beauty, to chińska herbata, pochodząca z prowincji Yunnan. 


Zapach suchych listków jest naprawdę ciekawy. Odznacza się słodyczą, roślinno-czekoladową. Postanowiłem zaparzać je w szklanym gaiwanie. Kiedy włożyłem je do wygrzanego wcześniej naczynia, poczułem słodki, roślinny aromat. Przypominał mi zapach zielonych herbat koreańskich, które miałem kiedyś okazję próbować, a także coś z herbaty "Liu Pan Shui". Prawdopodobnie jest to spowodowane podobnymi warunkami, gdyż prefektura z której pochodzi ta herbata, graniczy z Yunnanem. 



2,5 grama listków, zalałem wodą przestudzoną do 70 st.C. Pierwsze parzenie trwało 2 minuty, kolejne - 3 minuty. Po tym czasie, przelałem gotowy już napar do jednej z moich ulubionych, ręcznie robionych czarek. Kolor okazał się zielony, jasnej oliwki, klarowny. 



W smaku herbata ta była bardzo delikatna, słodka, bez goryczy. W smaku miała także coś od koreańskich "sióstr". Była bardzo przyjemna. 



Listki po pierwszym zaparzeniu były bardzo ładne, ponieważ ich wygląd znacząco zmienił się w po równaniu z suchymi listkami. Można o nich z pewnością powiedzieć, że były one wtedy naprawdę "beauty" - przypominały lekko ugotowany szpinak :). Jednak po drugim parzeniu, ich wygląd znów diametralnie się zmienił, i nie wyglądały jak wcześniej. 

9.02.2015

Złota Latarnia

Długo czekałem na tę chwilę, jednak zastanawiałem się jakie naczynie będzie odpowiednie, do zaparzenia tej herbaty. Dzisiaj doszedłem do wniosku, że ostatnio kupione, szklane cha hei, ze względu na swój rozmiar - będzie najbardziej odpowiednim. 

Herbatę, którą zaparzyłem dzisiaj, jest Złota Latarnia. W sumie, nazwa ta mówi niewiele. Można się jedynie domyślać, że złoty, może nawiązywać do złotych tipsów wykorzystanych do zawiązania tego małego, herbacianego bukieciku. I jest to słuszny trop, ponieważ można je łatwo znaleźć, gdyż jest ich wiele. 


Złota Latarnia, to porcja herbaty, o wadze około 2,8g, zwinięta w malutki bukiecik. Listki pochodzą z najstarszej chińskiej plantacji Yunnan. Przed zaparzaniem, rozwiązałem widoczny sznureczek, aby pomóc listkom swobodnie się rozwijać. 

Jak już wspomniałem, 2,8 gramowy bukiecik zaparzyłem w szklanym cha hei, 200 ml porcją wrzątku. Całość parzyłem około 5 minut, wykorzystując dodatkowo szklaną przykrywkę pochodzącą z mojego gaiwana. 



Kiedy włożyłem listki do ogrzanego cha hei, wyczułem śliczny, słodki aromat dojrzałych, czarnych winogron. Smak i aromat ten towarzyszył mi również przy degustacji, a także delektowaniu się zapachem gotowego naparu. Kolor wyszedł dość jasny, bursztynowy. Mam jeszcze jeden taki bukiecik, więc następnym razem chciałbym go zaparzyć w odrobinę mniejszej ilości wody, być może 150 ml. 



Co do smaku naparu, tak jak wspomniałem, był mocno winogronowy. Był bardzo bogaty, złożony, słodki. Po chwili odznaczał się lekką, minimalną, chwilową ale przyjemną cierpkością. 



Jeszcze kilka słów o czarce. Jest to czarka, z moich ostatnich zakupów w internetowym sklepie Czajnikowy.pl. Jest ona autorstwa polskiego ceramika-artysty Adama Soboty. W opisie podana była pojemność 170 ml, jednak spokojnie pomieści nawet 200 ml. Jej faktura jest niesamowita. Nie ma typowego szkliwienia, jednak jest delikatnie szorstka, przypominająca (może to głupie porównanie) gipsowy sufit. Ale tak jak mówię, cieszę się z jej zakupu, gdyż jest dla mnie niesamowita.


Druga próba:

Kolejnym razem (01.03.15r.) postanowiłem zaparzyć tę herbatę, używając szklanego gaiwana, o pojemności około 100ml. Uzyskałem tym sposobem trzy smaczne parzenia. Trwały one kolejno:

  • 2 minuty 30 sekund; 
  • 3 minuty; 
  • 4 minuty 15 sekund. 

Pierwsze parzenie dało kolor bursztynowy. W smaku był wyczuwalny winny aromat herbaty. Przy drugim parzeniu, uzyskałem ciemniejszy napar, który miał w sobie mniej wina, za to czułem w nim jakieś prażone nuty. W przeciwieństwie do pierwszego parzenia, w którym gorycz nie występowała, tutaj delikatnie dawała o sobie znać. Jednak nie trwało to długo. Pomimo tego, język i podniebienie miałem jakby delikatnie ścierpnięte.

Porównując to parzenie, z pierwszym, opisanym wyżej, mogę stwierdzić, że drugi sposób bije na łeb i szyję jedno, dłuższe i w większej ilości wody.