Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biała. Pokaż wszystkie posty

27.04.2019

Kenia Silver Needles 2018

Przerwa była długa, bardzo długa... Tak samo długo czekała herbata, o której będzie w dzisiejszym wpisie. Związana z nią historia wywołuje na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Dlatego tym razem nie będzie miejsca dla opisu parametrów: temperatury wody, czasu czy ilości parzeń. Chciałbym po prostu opowiedzieć historię. Historię, która nie ma wielkiego zwrotu akcji... jednak herbaciany akcent wprost kipi z niej. 


Pewnego razu, kiedy pojechałem do Warszawy, spotkałem się pierwszy raz z Jolą oraz Łukaszem. Piliśmy wtedy różne herbaty, jednak ta jedna okazała się (jeszcze wtedy tego nie wiedziałem) herbatą z "przypowieści". Chodzi o białą Silver Needles z Kenii. Jola z Łukaszem postanowili wtedy zabrać mnie na spotkanie z Robertem. Był to dla mnie dzień pełen wrażeń. Wrażenia wrażeniami, jednak jak to z Herbaciarzami bywa, śmialiśmy się wtedy prawie z wszystkiego. W mieszkaniu Joli, na przystanku i... w autobusie. Właśnie tam jechało dwóch panów, prawdopodobnie w stanie wskazującym. Wtem zdziwiony pan zapytał nas wprost, po czym mamy taki dobry humor. Usłyszał wtedy odpowiedź (z tego co pamiętam - od Joli) że to BIAŁA KENIJSKA! Pan podjarany białą kenijską powtórzył ten słowa kilkakrotnie. Prawdopodobnie spodziewał się od nas innej odpowiedzi. Kiedy wysiadaliśmy, uśmiechnął się do nas i znowu powiedział: biała kenijska! W ten oto sposób "biała kenijska" Silver Needle zawsze będzie kojarzyć mi się z pierwszym spotkaniem z Jolą, Łukaszem i Robertem.


A sama herbata, którą mam u siebie, czekała na wpis prawie rok. Zapach suchych listków był silny, bardzo przyjemny. Pamiętam, że pierwszym skojarzeniem były cytrynowe herbatniczki. Herbatniczki  ulotniły się, jednak herbata i wspomnienia pozostały. 


W smaku herbata jest delikatna, nadal bardzo przyjemna. A aromat znad czarki tylko potęguje wspomnienia opisane powyżej.


Podczas tego samego wyjazdu, jednak dnia kolejnego - spotkałem Agnieszkę, którą poznałem wcześniej - podczas Święta Herbaty w 2016 roku. W związku z tym czarką białej kenijskiej wznoszę toast: za herbaciane przyjaźnie! Twoje, moje... NASZE! 

A czy Wy próbowaliście tej herbaty? Jeżeli nie - dajcie się ponieść "białej kenijskiej". Naprawdę warto. Niech biała kenijska będzie z nami! :) 

20.11.2017

Organic Japanese White Tea Zairai

Dzisiaj za oknem prószy śnieg. Co w tym nadzwyczajnego? Bo jest to pierwszy, namacalny po pięknym lecie. Natomiast analogicznie do białego śniegu, w moim gaiwanie znalazła się biała herbata? Co w tym nadzwyczajnego? Dla mnie to, że pochodzi ona z Japonii, a nigdy nie miałem do czynienia z taką ciekawostką. Degustacja japońskiego oolonga już była czymś. Jednak biała, to już dla mnie nie lada niespodzianka.



Jak podaje sprzedawca, produkcja tej herbaty jest limitowana, a liście Organic Japanese White Tea Zairai są ręcznie zbierane z krzewów kultywaru Zairai w mieście Gokase (prefektura Miyazaki, wyspa Kiusiu). Po rozpakowaniu herbaty czuję bardzo przyjemny roślinny akcent. Moje pierwsze skojarzenie... czuję świeże herbaty Darjeeling z pierwszego zbioru. Natomiast kiedy zajrzałem do środka, moim oczom ukazały się idealnie zachowane listeczki zielonego koloru, poprzeplatane cienkimi gałązeczkami.


W związku z tym, że herbaty nie mam zbyt wiele, a chciałbym co nieco z nią poeksperymentować, postanowiłem w miarę możliwości trzymać się jakichś określonych zasad parzenia (czego od dawna już nie praktykuję - no chyba że chodzi o coś tak innego, na dodatek w limitowanej ilości). Dlatego postanowiłem kierować się poleceniami sprzedawcy: woda o temperaturze około 70 stopni, 2 gramy herbaty na około 100ml wody. 


Liście w ogrzanym gaiwanie pachniały bardzo przyjemnie, dość intensywnie. Roślinność była spleciona z bliżej nieokreślonymi kwiatami. Cudeńko. 


Pierwsze parzenie (jak już wspomniałem - zgodnie z zaleceniami sprzedawcy) trwało 1 minutę. Po przelaniu naparu do szklanego morza herbaty ukazał mi się przejrzysty zielonożółty kolor herbaty. Aromat okazał się delikatny i owocowy. Natomiast smak był równie delikatny i bardzo słodki. Wyczuwalna była silna nuta pestki z wiśni. Słodycz pozostawała w ustach, jednak sam smak okazał się dość efemeryczny. Myślę, że odrobinę dłuższe parzenie mogłoby dać jeszcze lepszy rezultat. 



Kolejne parzenie wydłużyłem do 2min 30sek. Kolor miał podobny odcień, jednak był głębszy w porównaniu z poprzednim. Smak był bardzo gładki, nadal pestkowy, ze słodyczą, która mocniej rozwijała się w gardle. 




Od trzeciego parzenia postanowiłem zwiększyć temperaturę wody do około 80 stopni, jednak za pierwszym razem czas postanowiłem wydłużyć jedynie o 30 sekund. Kolejne trwały 5 i 10 minut. Tym razem kolor i smak były już bardziej zdecydowane. Napary przypominały mi chińskiego klasyka - herbatę Pai Mu Tan. Zastanawiam się tylko, czy wpłynęło na to zwiększenie temperatury, fakt, że było to już któreś z kolei parzenie... a może jedno i drugie? Nie będę gdybać, a zobaczę, jak będzie się zachowywać przy kolejnym naszym spotkaniu.



28.06.2016

Mayo: Biała Herbata

Czasem poświęcam posty herbatom z supermarketu (i staram się to robić na początku, kiedy dana herbata jeszcze mi się nie znudziła). Zwykle są to herbaty z jakimiś dodatkami. Jednak nie można zaprzeczyć, że i tak duża część pozycji dostępnych na półkach sklepowych należy do kategorii herbaty czyste. To, że można czasem trafić na coś naprawdę dobrego, świadczy jakość i smak Mgły nad Yunnan, która była dostępna jakiś czas temu w Biedronce. Tym razem wezmę na warsztat herbatę białą marki Mayo (o herbacie zielonej o smaku opuncji tej samej firmy pisałem już jakiś czas temu).


Pudełko ma ciekawy kształt: imituje w pewnym stopniu torebeczki, w których sprzedawana jest herbata sypana w niektórych sklepach czy herbaciarniach. Jest też tzw. okienko, przez które widać liście - tego akurat nie lubię... Możemy też zauważyć błyszczące napisy White Tea oraz premium gold. Jednak czy będzie to rzeczywiście herbata premium?


Same liście wyglądają w sumie imponująco. Różne odcienie zieleni i brązu są urozmaicone dość sporą ilością herbacianych tipsów. Jedyna rzecz, która mnie martwi, to zapach... spośród roślinności białej herbaty daje się wyczuć delikatny aromat cytrusów (dokładniej earl greya). Nie wiem czy tak ma być, czy jest to po prostu wynik złego przechowywania herbaty?


Po przesypaniu liści do ogrzanego czajniczka pojawia się lekko pieczony, roślinny akcent. Przy czym jest trochę dziwny. Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Użyłem 8 gramów herbaty na 400 mililitrów wody o temperaturze 85 stopni. Dwa parzenia trwały kolejno 2 i 4 minuty.


Aromat był cytrusowo-kwiatowy, jednak nie był to już niechciany earl grey. Smak był delikatny, owocowy (z nutą cytrusów), letni i gładki. Nie pojawiła się także żadna nuta goryczy. Wspomniana słodycz i cytrusy po chwili zmieniają się w gładką i płynną roślinność z akcentem wytrawności. Zaraz po wypiciu na język i podniebienie znowu powraca cytrusowy posmak.


Kolejne parzenie było zdecydowanie mocniejsze. Tak samo kolor naparu - jasnego bursztynu. Aromat także był bardziej intensywny. W smaku pojawiła się podpiekana roślinność z cytrusowym (niestety) "earl greyem", z lekkim i cierpkim, ale nie gorzkim posmakiem.


Mayo White Tea może nie jest Pai Mu Tanem z najwyższej półki (bo i takich na półkach sklepowych nie znajdziemy), jednak biorąc pod uwagę wspomniany czynnik - sklep, a także cenę (około 8 złotych za 40 gramów) uważam, że jest to godna uwagi pozycja. Na start dla początkujących herbaciarzy sprawdzi się wprost idealnie. Tylko gdyby nie ten earl greyowy zapach...


11.06.2016

"Wietnamowy" zawrót głowy

Fajne jest to, że herbaty wietnamskie w ostatnim czasie coraz bardziej podbijają serca herbaciarzy. Pomimo że informacji o nich jest jak na lekarstwo, to na blogach możemy znaleźć coraz więcej wpisów poświęconych herbatom z tego kraju. O wietnamskiej Che Xanh z 2016 roku pisałem już jakiś czas temu. Dzisiaj na warsztat chciałbym wziąć kilka herbat różnych gatunków, które w ostatnim czasie kupiłem czy dostałem od innych herbaciarzy, za co jeszcze raz bardzo dziękuję. Wśród nich znajdą się: klasyczne zielone, zielona aromatyzowana, biała oraz oolong.

źródło: Wikipedia

Pierwszą, którą opiszę w tym wpisie, będzie zielona herbata Tra Nam Sao, która pochodzi z Thai Nguyen, a którą dostałem od Łukasza. Jej listki są poskręcane i przyjemnie zielone. Pachną delikatnie, świeżo skoszoną i wysuszoną trawą. Zaparzyłem ją w 150ml gaiwanie, używając 3 gramów suszu, a także wody o temperaturze 85 stopni. Rozpocząłem od jednej minuty (za poradą Łukasza), wydłużając czas o minutę i półtorej minuty. Tak krótkie pierwsze parzenie ma uchronić smak naparu od nadmiernej goryczki. Takim sposobem otrzymałem trzy wartościowe napary. Jej smak był przyjemny, z minimalnie wysuwająca się goryczką, jednak nie nachalną, a podkręcającą smak. Dodatkowo muszę wspomnieć o tej charakterystycznej roślinności, która pojawia się w wietnamskich herbatach, ponieważ także tutaj była obecna, jednak nie w takim stopniu, jaki pamiętam z Che Xanh. Jej charakter w świetny sposób opisują słowa Łukasza: "Herbatę tę mógłbym polecić jako doskonałą herbatę codzienną (pamiętajcie o cenie!). Można ją też potraktować jako herbatę do posiłków, choć osobiście polecałbym wypić pierwsze parzenie dla przyjemności, a dopiero kolejnymi popijać jedzenie" (źródło).



Kolejną była herbata, której chciałem spróbować już dawno: zielona aromatyzowana lotosem - Che Hoa Sen. Pierwszy kontakt z suszem był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Kiedy go powąchałem, na myśl przyszedł mi zapach, który kojarzy mi się ze sklepem zoologicznym: nie wiem, co tam tak pachnie, chociaż jest on w większości sklepów, ale kojarzy mi się z dużymi ilościami... siana? Szczerze, nie mam pojęcia... Sam aromat był bardzo delikatny: jeżeli nie wiedziałbym, że jest ona aromatyzowana lotosem, pomyślałbym, że być może jest to jakaś czysta herbata. Parametry parzenia były identyczne, jak w herbacie opisanej wyżej. Kiedy listki znalazły się w ogrzanym gaiwanie, buchnął z niego słodki zapach, z (nazwijmy to) wietnamską roślinnością. Jak dla mnie, lotos dalej się nie pojawił... I to samo w smaku: jest on bez wątpienia "wietnamski", ale na pewno nie lotosowy. Charakterystycznej roślinności towarzyszy lekka goryczka, która początkowo wydaje się silna, jednak z czasem, mam wrażenie, że zmienia się w taką płynną słodycz. Ostatnie parzenie było najbardziej "płynne", a goryczka totalnie zniknęła. Przyznam szczerze, że to parzenie było dla mnie największym zaskoczeniem (oczywiście pozytywnym). Bądź co bądź, jest to dobra herbata, która idealnie sprawdzi się do codziennego zaspakajania pragnienia.



Znowu wrócimy do klasyka - zielonej herbaty. Jednak nie jest to taka zwykła herbata. Suoi Giang Wild pochodzi z dziko rosnących krzewów Camellia Sinensis var. Assamica w górach The Hoang Lien Son, w prowincji Yen Bai. Listki były zbierane 12 maja 2015 roku. Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest to, że drzewa te są stare, a ich wiek oscyluje wokół 150-200 lat. 

Herbatę zaparzyłem wykorzystując wodę o temperaturze 80 stopni, 2,5g na 100ml czajniczek. Zacząłem od 45 sekund, stopniowo wydłużając każde kolejne parzenie o 15-20 sekund. Liście pachniały delikatnie i roślinnie. Zapach nasilił się po przełożeniu ich do ogrzanego naczynia. Dało się wtedy wyczuć słodsze nuty, które kojarzyły mi się nawet z czymś kakaowym. Pierwsze parzenie było pełne i zbilansowane, delikatnie roślinne (kojarzące się z przemijającą wiosną). Kiedy pierwszy raz spróbowałem tej herbaty, uderzyła mnie bardzo silna gorycz, która już nigdy w takim stopniu się nie pojawiła. Początkowa delikatność to według mnie tylko złudzenie, ponieważ kolejne trzy parzenia nabierały stopniowo na mocy: goryczka się zwiększała, co dawało ciekawe doznania, gdyż przy czwartym lekko zdrętwiały mi usta. Następne stawały się już słabsze, jednak dalej były pełne w smaku i aromacie. Po skończonych parzeniach, kiedy liście trochę ostygły, wsadziłem w czajniczek nos: wyczułem wtedy delikatne nuty tytoniowe, na które czekałem przez wszystkie 6 parzeń. 



Miałem również okazję spróbować tej herbaty, jednak pochodzącej ze zbioru, który odbył się 12 kwietnia 2016 roku. Chcąc wykorzystać te same parametry, odsypałem 2,5g suszu, wziąłem 100ml gaiwan, wodę ostudziłem do 80 stopni C... i zacząłem od 1 minuty... Czyli parzenie trwało o 15 sekund dłużej. Co mi z tego wyszło? Wspaniały napar, który w smaku był bardziej subtelny, pomimo "zaostrzonych" warunków parzenia. Wydawało mi się jednak, że same liście były większe od zeszłorocznych, w związku z czym smak zdawał się rozwijać o wiele wolniej, co poskutkowało naprawdę wspaniałymi rezultatami.



Kolejna to biała, pąkowa herbata pochodząca dokładnie z tego samego miejsca, co ta, którą opisałem wyżej. Tym razem chodzi o Suoi Giang Wild White Tea, która trafiła do mnie dzięki Agnieszce. Susz to srebrzysto-szare nierozwinięte pąki herbaciane. Kiedy chcemy sprawdzić jak pachną, musimy przesypać je do ogrzanego naczynia, ponieważ szczerze mówiąc, dopiero wtedy poczułem, co mogą tak naprawdę zaoferować. Kiedy grzecznie leżały w woreczku, były dla mnie wielką niewiadomą. Jednak kiedy znalazły się w gaiwanie, wyczułem roślinne i podpiekane nuty. Herbatę zaparzyłem tym razem w 50 mililitrowym naczyniu, wykorzystując 1 gram naprawdę lekkiego suszu, a także wodę o temperaturze 80 stopni. Czasy poszczególnych parzeń przedstawiają się następująco: 2:00; 2:15; 3:00; 4:00; 6:30. 


Początkowo Suoi Giang Wild White Tea była bardzo delikatna. Smak był słodki, pełny i zrównoważony. Zdecydowanie miał w sobie coś z chińskiej herbaty Yin Zhen (natomiast ostatnie parzenie bardziej przypominało mi Pai Mu Tana). Kolejne parzenia przybierały na mocy, jednak przy takich parametrach goryczka się nie pojawiła, co uważam za jej atut. Podpiekana nuta z drugiego parzenia, w kolejnych przerodziła się w letnie akcenty owocowo-kwiatowe. 



Ostatnią będzie herbata oolong, pochodząca z wspomnianego już regionu Thai Nguyen. Listki wietnamskiej wersji Tung Tinga skręcone są w przeróżnej wielkości kuleczki. Pachną one dość delikatnie. Przypominają mi zapach chińskich oolongów, o podobnym stopniu oksydacji. Herbatę zaparzyłem w większym czajniczku, o pojemności około 400ml, wykorzystując 8 gramów herbaty, a także wodę o temperaturze około 85 stopni. Zacząłem od 2 minut, skracając czas przy kolejnym do 50 sekund, aby następnie wydłużyć go do 3 minut i 30 sekund . 


Po przesypaniu kuleczek do wygrzanego czajniczka, ich zapach oczywiście nasila się. Można wtedy wyczuć mocniejsze i słodsze akcenty (jakaś szara komórka podpowiadała mi wtedy o lekkim "powiewie" karmelu, jednak teraz nie jestem tego pewien w stu procentach). Po przelaniu naparu do drugiego naczynia ukazał mi się ładny i klarowny żółto-zielony kolor. Smak tej herbaty w zupełności odbiegał od tego, co znam z herbat pochodzących z Tajwanu. Nie było w nim tak silnego akcentu kwiatów. Można za to było wyczuć roślinne smaczki, pośród których próbowały wyjść na światło dzienne malutkie kwiaty, jednak nie do końca im się to udało. Odnośnie do smaku skłaniałbym się prędzej do stwierdzenia, że przypomina mi on dobrego Tie Guan Yina.



Dopiero przy drugi parzeniu, po powąchaniu listków poczułem ten charakterystyczny, kwiatowy aromat przypominający bez czy frezje, za który uwielbiam tajwańskie niskooksydowane oolongi. Jednak wracając do smaku, wszystko zostało po staremu. Pamiętam, że parząc ją jakiś czas temu, pozostawiłem napar do ostygnięcia. Właśnie wtedy akcenty, które w nim dominowały, mogły być imitacją tajwańskiego Dong Dinga. Jednak pomimo wszelkich przeciwieństw smakowych, uważam że jest to herbata godna spróbowania. 

16.04.2016

Biała Małpa

Mając tą samą herbatę (przynajmniej z nazwy), od dwóch różnych dostawców, możemy przekonać się, jak bogaty jest świat herbat. Tylko czy to bogactwo zawsze wychodzi na dobre? Prostym przykładem jest herbata Tie Guan Yin, która w zależności od tego ile w nią zainwestujemy, odwdzięczy się takim czy innym smakiem, aromatem... I zapewne większość z Was spotkała się z czymś takim, że coś brzmi wyśmienicie, może nawet wydawać się świetną okazją, jednak ostatecznie jest klapa. Powiedział bym więcej: jedno wielkie "klapsko"... Nie będę już tworzyć neologizmów, bo nie o to mi dzisiaj chodzi. A do czego dążę, chyba każdy wie. Jednak w tej całej "tragedii" może kryć się jakaś lekcja - odpowiednie podejście może złagodzić cały niesmak (również ten, który fizycznie pozostawia herbata w ustach). Jakiś czas temu dostałem od Agnieszki tytułową herbatę. Ta zasmakowała mi tak bardzo, że musiałem skusić się na całą paczkę. Rzecz w tym, że nie była to ta sama herbata. I pomimo naprawdę ładnego wyglądu liści, smak nie był już tak imponujący.


W związku z tym, że było z tą herbatą różnie, postanowiłem się nie poddawać i eksperymentować. W końcu całe 50 gramów mi na to pozwalało: a to większa ilość suszu, czasem wydłużony czas, zwiększona temperatura... smak się zmieniał, jednak ciągle pozostawał taki dziki (i nie była to dzikość sheng pu-erha).


Długo zastanawiałem się, dlaczego ta herbata daje mi tak niechcianą przygodę? Po głębszym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że chyba bardzo (a może nawet za bardzo) przypomina mi Ognistą Królową. I tego było już za wiele... Koniec końców, postanowiłem zalać 8 gramów liści 400ml zimnej wody, wstawić do lodówki i zobaczyć, co z tego wyjdzie przy zimnym "parzeniu". Na efekty muszę poczekać do jutra, jednak teraz (tak dla porównania) dam jej przyjemność zażycia gorącej kąpieli, a o efektach cold brew napiszę w dalszej części wpisu.


Parzenie bardziej tradycyjne, wykonałem w czajniczku o pojemności około 400ml użyłem 9 gramów herbaty, wykorzystując wodę o temperaturze 90 stopni oraz czas 2 i 4 minut. Więcej z niej wyciągnąć chyba nie można. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że listki w ogrzanym czajniczku pachną obłędnie. Roślinnie, trochę kwiatowo. Rzeczą, która zdziwiła mnie w sumie najbardziej, jest to, że czym mniej się nad tą herbatą trzęsę, wychodzi ona lepsza. Parzenie w czajniczku, żeby liście miały się gdzie rozwijać, przelewanie i inne cuda wianki jej po prostu nie sprzyjają. Za to wrzucenie liści do zaparzacza, zalanie gorącą wodą, odczekanie itd. daje bardziej zadowalające efekty. Tym razem smak może nie jest powalający na kolana, ale uznając tę wredną małpę za herbatę codzienną, można wypić ją bez większych problemów. W smaku dają się wyczuć nuty roślinne, jednak zbyt słabe, nie dające tak fajnych doznań, jak w przypadku Białej Małpy №1. Muszę jednak zaznaczyć, że ciekawy efekt zaobserwowałem, kiedy zaparzona gorącą wodą herbata się trochę przestudzi. Czy to oznaka tego, że w zimnym parzeniu można pokładać całe nadzieje?



Wracając do cold brew, po ponad 14 godzinach uzyskałem zielono-żółty napój. Już zapach zapowiadał coś ciekawego, ponieważ przypominał mi aromat herbaty, nadesłanej przez Agnieszkę. Pierwszy łyk... i niedowierzanie! Czy to ta sama herbata? Gdyby nie fakt, że sam przesypałem ją do czajniczka, nie uwierzyłbym. Delikatna goryczka, ale jak najbardziej "prawilna" w połączeniu z akcentami bardziej kwiatowymi niż roślinnymi, dała świetne efekty. Nawet posmak Ognistej Królowej się tym razem nie pojawił!



Cieszę się, że ta początkowo niemiła historia ma zakończenie jak w większości filmów z happy endem! A tymczasem zalewam te liście kolejną porcją wody...


Ostatecznie obiecałem sobie jeszcze jedną rzecz: że sięgnę po herbatę o tej samej nazwie i z największą przyjemnością przygotuję o niej wpis - taki prawdziwy. Musi tylko dobrze smakować zaparzona na ciepło... W takim razie: See you, White Monkey! 

17.11.2015

Lipton: white tea pomegranate

Zdaniem wielu, biała herbata jest tą najcenniejszą, najdroższą... jednak sami wiemy, że takie stwierdzenie nie jest to do końca prawdą. Chcąc zapoznać się z jej smakiem, osoby nie siedzące w temacie, mogą sięgnąć po jej wersję w najbardziej dostępnej formie - herbaty ekspresowej. Jednak czy tak na prawdę, można poznać smak białej herbaty, wyłącznie poprzez zaparzenie i spróbowanie ekspresówki? W dzisiejszym, krótkim poście chciałbym zastanowić się nad tym zagadnieniem.

Pewne jest jedno: świat zmierza ku dobremu. Chodzi mi w tym przypadku o to, że świadomość ludzi się zmienia - także w temacie herbaty. Producenci wiedząc o tym, starają się stwarzać nowe smaki, wykorzystując do tego składniki lepszej jakości. Jednak nie tylko środek jest ważny: samo opakowanie, a także sposób porcjowania herbaty ma dzisiaj wpływ na dokonywany przez konsumentów wybór. To piramidki, to jakieś materiały, przez które możemy zaobserwować susz czy zaparzające się listki... ale dzisiaj nie o tym.


Na warsztat wezmę białą herbatę firmy Lipton, o smaku granatu. Przez torebkę widoczne są bardzo drobniutkie, wręcz zmielone liście herbaty. W tym miejscu chciałem jedynie zaznaczyć, że spotkałem się z herbatami ekspresowymi, o bardziej okazałych liściach, zamkniętych w piramidkach (również firmy Lipton, na przykład tutaj czy tutaj ale nie tylko...).


W przypadku moich "ekspresowych" testów, parzenie wykonuję zwykle takie, jakie proponuje producent, gdyż mam nadzieję, że zna swój produkt na tyle dobrze, aby zaproponować konsumentowi jak najlepsze jego spożytkowanie. W tym przypadku jest to 200ml wody o temperaturze 90 stopni, a także 2 minuty. 

Dodatkowo, na opakowaniu znajdziemy informację, że herbata jest pozbawiona goryczki. No ale jak to? Przecież to herbata biała... taka delikatna, subtelna i w ogóle! Jednak jak dla mnie, coś musi być nie tak, skoro takie zapewnienie znalazło się na pudełku... poza tym, stereotyp "gorzkiej" herbaty, przypisany jest przez wielu ludzi, herbatom zielonym... 

W składzie znajdziemy 85% białej herbaty, 1,4% skórki z granatu, oraz aromat - prostą matematyką otrzymujemy liczbę 13,6%.


Sam napar, i susz po parzeniu pachnie dość specyficznie. I pomimo, że skojarzenia moje względem takich herbat są często dość dziwne, to wydaje mi się, że idealnie oddają to co czuję... wcześniej były jakieś gumy, landrynki, a tym razem jest to taka... owocowa kaszka. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, to określenie wydaje mi się być strzałem w dziesiątkę. Podobnie jest ze smakiem. Jednak nie powiedziałbym, że nie ma w nim goryczki. Sam smak jest dość płaski, taki bezpłciowy. Przyznam, że osobiście przypomina mi zaparzoną zieloną herbatę, która została zaparzona w zbyt dużej ilości wody. Ale planowałem, że tym razem będzie bez oceniania... dobra - koniec. Tak samo planowałem, że miał być to krótki post... jednak kiedy go piszę, naszła mnie wena. Jest około 3:00 w nocy, i jestem po degustacji tej białej herbaty.


Pomimo, że herbata nie specjalnie mi zasmakowała, pamiętać trzeba, że jest to moja subiektywna opinia, a każdy ma różne gusta. To co jednemu smakuje, drugiemu wcale nie musi. I z pewnością znajdą się osoby, które docenią mieszankę Whitetea pomegranate.



Sam temat ekspresówek chciałbym pociągnąć dalej... Czasem kupuję coś ze względu na ciekawość, czasem ze zdziwienia na sam pomysł, a czasem po prostu dlatego, że słyszałem wśród znajomych dobrą opinię na temat jakiejś herbaty, więc chciałbym to "zbadać" i opisać. Mam jedynie nadzieję, że nie będzie to strasznie nudne, i że wszyscy wezmą tę "serię" z przymrużeniem oka ;)