Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielona. Pokaż wszystkie posty

21.11.2016

Mulled Wine & Ginger Green Tea od TET

Dzięki firmie TET miałem w ostatnim czasie możliwość wypróbowania dwóch angielskich herbat niniejszej marki: czarnej Mulled Wine oraz zielonej Ginger Green Tea. Nie ma się co oszukiwać - często jest tak, że zagoniona osoba nie ma czasu na zaparzenie herbaty liściastej, lub też (spotkałem się z takim stwierdzeniem), że czują (oczywiście nieuzasadniony) respekt przed herbatą sypaną: ile jej nasypać, jak pić itd. Wtedy na ratunek przychodzi bardzo wygodna herbata ekspresowa. Jednak w takim przypadku warto sięgać po te smaczniejsze, z naturalnymi dodatkami i aromatami. Dwie pozycje, o których wspomniałem wyżej, zdecydowanie do takich należą. Dlaczego? Przekonacie się o tym w dalszej części wpisu.


Testy zacząłem od zaparzenia mieszanki, której bazę stanowi czarna herbata - Mulled Wine. W eleganckim pudełku znajdziemy 25 saszetek (po 2g każda), natomiast skład każdej z nich przedstawia się następująco: jest to połączenie czarnych herbat z Cejlonu, Kenii oraz Indii, które zostały wzbogacone o imbir, cynamon, kardamon, goździki, skórkę z cytryny i pomarańczy. Jak sama nazwa wskazuje, herbata to bezalkoholowa (i jak się przekonałem - udana) wariacja firmy TET na temat grzanego wina.


Przed zaparzeniem z pudełka wydobywał się zapach przypraw - na pierwszym miejscu kardamonu, którego dopełnieniem były pozostałe składniki. Należy podkreślić, że zapach jest naturalny! Nie znajdziemy w nim sztucznych akcentów (gdyż nawet aromatu nie ma w składzie herbaty - zdecydowanie na plus).


Po zaparzeniu herbaty wodą filtrowaną o temperaturze 98 stopni C, pamiętając o prawidłowej proporcji (1 saszetka na 200ml wody), po 4 minutach od zalania mogłem raczyć się rozgrzewającym naparem, którego smak i aromat jest bardzo przyjemny. Aromat, który unosił się znad kubka był zdecydowany, jednak nie nachalny. Wyczułem w nim i herbatę i przyprawy, z cytrusową nutą. To samo w smaku - dodatki nie stłumiły charakteru czarnej herbaty, za to tworzyły z nią idealnie dobrany akompaniament.



A co powiedzielibyście, Drodzy Czytelnicy, korzystając z okazji, że mamy tutaj "bezalkoholowe wino", żeby zrobić na jego podstawie herbaciany poncz? W tym celu do kubka wycisnąłem sok z połowy pomarańczy, wrzuciłem plasterki cytryn i pomarańczy, kilka goździków, kardamon, połowę gwiazdki anyżu, kawałek laski wanilii, a całość uzupełniłem herbatą. Efekt? Fantastyczny! Był to idealny sposób na chłodny jesienny wieczór.



Herbatę Ginger Green Tea zaparzyłem dokładnie w taki sam sposób, co wcześniejszą czarną. Kiedy otworzyłem opakowanie, i wyjąłem saszetki z folii, która zabezpiecza całość przed utratą aromatu, wyczułem naturalny zapach imbiru: pikantny, odrobinę cytrusowy, orzeźwiający. Całości towarzyszył ziołowy akcent, który z pewnością pochodził od zielonej herbaty.



Pomyślałem sobie, że dodając do ostudzonego naparu kostki lodu, kilka plastrów limonki oraz gałązki mięty, herbata może być idealną bazą do stworzenia fajnej i orzeźwiającej Ice Tea na lato.


Sama mieszanka wydaje się klasyczną propozycją marki TET, która ma przekonać swoją prostotą. Świadczy o tym skład herbacianych torebek: zielona herbata, imbir. Klasyczne połączenia zawsze do mnie przemawiają - i zwykle odbieram je na plus. Zawsze uważałem, że warto iść właśnie w tę stronę.


Po zaparzeniu i przelaniu naparu do kubka, stwierdziłem, że aromat przypomina mi świeżo ułamany kawałek imbiru, który wydziela przyjemny, ostry i cytrusowy aromat. Jeżeli chodzi o smak herbaty, mam wrażenie, że do zielonej herbaty został dodany wyłącznie kawałek świeżego kłącza.



Tak nieskomplikowaną mieszankę można wzbogacić równie nieskomplikowaną cytryną. Jej plasterek świetnie urozmaici i uwypukli smak zielonej herbaty i imbiru. 


Na sam koniec chciałbym zaprosić Was do wzięcia udziału w konkursie, który został zorganizowany przez markę TET. Kto nie zechciałby wziąć udziału w podróży swojego życia? Możecie spróbować swoich sił we wspomnianym konkursie, klikając w grafikę poniżej:



12.11.2016

Czarna i zielona herbata z Kraju Krasnodarskiego

Był Ivan czaj, był Kurylski czaj, przyszedł więc czas na herbatę z krzewu camelii produkowaną w Rosji, a dokładniej w Kraju Krasnodarskim w mikrorejonie Dagomys, który uważany jest za ojczyznę rosyjskiej herbaty. Dla przykładu na fotografii poniżej możemy zobaczyć, jak wygląda górska plantacja herbaty w Dagomys (źródło fotografii: ru.wikipedia.org):


Kompania Dagomysczaj (Группа компаний Дагомысчай) jest przedsiębiorstwem, które hoduje herbatę na własnych plantacjach, obrabia ją, a także pakuje w jednej z pierwszych w Rosji herbacianych fabryk we wsi Wołkowka (Волковка). Zgodnie z historią, która została opisana na stronie Dagomystea, kompanię założono w 1939 roku, i właśnie do tego czasu ponad 100 hektarów plantacji herbaty rozpościerało się w miejscowości Dagomys w pobliżu Soczi. 

W 1947 roku założono Dagomysskij czajnyj sowchoz (Дагомысский чайный совхоз), który produkował herbatę marki Krasnodarskij czaj (Краснодарский чай). Następnie sowchoz został zmieniony w Kompanię Dagomysczaj, a sama marka w istniejącą do dziś markę Krasnodarskij czaj "Dagomysczaj" (Краснодарский чай "Дагомысчай").


Firma podkreśla, że dzięki specjalnym warunkom klimatycznym liść herbaty ma szczególną jakość, ponieważ dojrzewa on dłużej, przez co zyskuje niepowtarzalny smak i wiele właściwości prozdrowotnych. Ponadto krzewy herbaciane nie są narażone na działanie szkodliwych substancji chemicznych ze względu na klimat, który nie jest korzystny dla owadów, jednak wpływa on bardzo dobrze na rozwój herbacianych krzewów. Kompania troszczy się również o utrzymanie tradycji produkcji herbaty, a kompleksy przetwarzające i pakujące herbatę znajdują się bezpośrednio na plantacjach, co pozwala na szybkie dostarczenie liści herbacianych, bez uszczerbku dla jakości (źródło: Dagomystea).


Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie - z Rosji przywędrowała do mnie urodzinowa paczka z 3 herbatami. Jedną z nich był Kurylski czaj. Dwie pozostałe były herbatami z Kraju Krasnodarskiego firmy Dagomysczaj: jedna zielona i jedna czarna. To właśnie im poświęcę dzisiejszy wpis.


Jako pierwszą zaparzyłem herbatę czarną. Na opakowaniu widniała informacja o tym, aby listki zalać wrzątkiem i parzyć 5 minut. Czas skróciłem jednak do 4 minut. Sama herbata ma subtelny aromat. Nie ma w nim nuty wędzenia, w związku z czym zapach był bardziej świeży. W ogrzanym czajniczku, kiedy znalazły się w nim listki, pojawiła się winna nuta. Po 4 minutach uzyskałem ciemny kolor naparu, wpadający w bordo. W zapachu można wyczuć owocowo-winne nuty. Delikatna goryczka na początku dość szybko zniknęła. Herbata jest ciepła w odbiorze (oczywiście chodzi tutaj o jej charakter).


Jest to idealna propozycja do codziennego picia podczas chłodnych jesiennych i zimowych wieczorów. Tak ogólnie, herbata niczym szczególnym się nie wyróżniała, jednak nie zawiodła mnie swoim smakiem. Oferuje po prostu to, czego się można po niej spodziewać.


Kiedy napar odrobinę przestygł, okazał się o wiele smaczniejszy niż w wersji "na gorąco". Wyczułem subtelną nutę, którą znam z herbat gruzińskich... Zdecydowanie warto chwilkę odczekać!

Jeżeli chodzi o zieloną herbatę, to kiedy otworzyłem paczuszkę, moim oczom ukazał się całkiem ładny susz (tak naprawdę spodziewałem się czegoś równie drobnego, jak w przypadku herbaty czarnej).


Postanowiłem tym razem herbatę zaparzyć w gaiwanie. Zalecany czas parzenia był dokładnie taki sam, jak w poprzedniej herbacie. Postanowiłem jednak nie traktować jej tak... brutalnie. W związku z tym temperaturę przestudziłem do 85 stopni C, i skróciłem czas do 2 minut (wykonałem przy okazji drugie, pięciominutowe parzenie).


Listki w ogrzanym gaiwanie wydzielały lekko dymny zapach. Za to aromat herbaty był całkiem przewidywalny. Zaskoczyła mnie natomiast konsystencja naparu, która była dość oleista. W smaku herbata była trawiasta, całkiem niezła. Nie było w niej cienia goryczy, jednak po chwili pojawiło się na podniebieniu ściągające uczucie.


Herbata była ogólnie na plus. Na pewno nie jest to w smaku jakaś japońska Sencha czy chiński Long Jing, jednak ogólnie jest całkiem całkiem. Zdecydowany plus za kolejny krok na herbacianym szlaku.


Przygotowując wpis, korzystałem z poniższych źródeł:
http://www.dagomystea.ru/
https://ru.wikipedia.org/wiki/Дагомыс
https://ru.wikipedia.org/wiki/Дагомыс#/media/File:Dagomys_-_chai.jpg

18.08.2016

Matcha Yamecha

Planów na herbaciane recenzje mam sporo, tak samo jak zaczętych już wpisów. Zwykle mówię - wszystko po kolei... jednak czasem wyskoczy coś totalnie "niespodziewanego", na przykład koniec opakowania z Matchą, i otwarcie kolejnej puszki. I to właśnie tej herbacie zostanie poświęcony dzisiejszy wpis. Bardziej ogólne informacje na temat herbaty Matcha zamieściłem w tym wpisie.


Herbata, którą wziąłem dziś na tapet, pochodzi z plantacji w rejonie Fukuoki (Yame). Do jej przygotowania użyłem jak zawsze 100ml wody o temperaturze około 70 stopni, a także 2 chashaku herbacianego proszku. Wcześniej przesianą przez sitko i zalaną wodą Matchę, ubijałem przez 30 sekund.


Po otwarciu puszeczki ukazał mi się proszek, którego kolor był intensywnie zielony i bardzo żywy (niestety zdjęcie nie oddaje w pełni koloru). W zapachu herbata była naprawdę słodka, inna niż te, z którymi miałem do czynienia do tej pory. Słodycz skojarzyła mi się z nutą orzechów (a co mnie zdziwiło najbardziej - z nutą orzechów, podobną do tej, którą znam z dobrych herbat Long Jing).



Po 30 sekundowym ubijaniu napar był gotowy do spożycia. Aromat, który unosił się znad chawanu był nieziemski: słodki, delikatnie warzywny ze słodką nutką (takiego słodkiego popcornu). Jak przystało na japońską Matchę - kolor naparu był również bardzo zielony, a powstała pianka okazała się gęsta, jasnozielona, pokaźnych rozmiarów.



Jeżeli chodzi o smak, to był bardzo delikatny, kremowy, aksamitny. W mgnieniu oka wypełnił całe usta przyjemnym uczuciem, gdyż był umiarkowanie słodki bez cienia goryczy. Również przyjemna była konsystencja wyczuwalnej pianki, która dawała ciekawe doznania, kiedy pozostawała na i w ustach.



Wnioski tym razem są jedne i niezmienne - na Matchy zdecydowanie nie warto oszczędzać. Fakt - wiedziałem o tym wcześniej, ale dopiero spróbowanie lepszej może utwierdzić człowieka w tym przekonaniu. Inwestycja w Matchę to tak naprawdę inwestycja w smak, aromat, kolor naparu i przede wszystkim przepiękną piankę. A teraz... zabezpieczona herbata "idzie" do lodówki, żeby nie uleciało z niej to, co najlepsze.

22.07.2016

Zielona herbata zimowa od Pana Shibamoto

Dzisiaj będzie szybki wpis (a przynajmniej tak planowałem), jednak bardzo mi zależało, żeby kilka słów o tej herbacie znalazło się na Herbacianych Szlakach. Dlaczego? Otóż właśnie ten wpis (w połączeniu z wpisem o herbatach shincha z 2016) będzie swego rodzaju kontrastem. Jak to czasem mówię: herbacianym oksymoronem! Niczym dzień i noc; młodość i dojrzałość; ciepło i zimno... i chyba najtrafniejsze określenie: niczym wiosna i zima!


Za tak wyjątkową herbatę bardzo dziękuję Joli. Jednak dlaczego wspomniana herbata jest tak wyjątkowa? Zacytuję więc fragment wpisu z bloga Herbaciany Notes: 
Przed zimą, kiedy już nie ma zbiorów, a liście wegetują i nabierają sił przed wiosną, pan Shibamoto zbiera herbatę pozbawioną teiny. (...) Bezteinowa herbata została przez pana Shibamoto wysuszona na słońcu i podprawiona kardamonem oraz cynamonem. Wyjątkowość tej herbaty – poza orginalnym doprawieniem przyprawami korzennymi – tkwi także w jej niedostępności na szerszą skalę; to herbata została zrobiona wyłącznie na potrzeby domowe…

Nie mogło być inaczej. Tak wyjątkowa herbata musi mieć tutaj swoje miejsce! Pomimo że liście zostały spakowane do piramidki, postanowiłem zaparzyć je w Kuai Ke Bei, czy jak to można znaleźć w Internetach: easy gaiwanie. Jaką ma pojemność? Na aukcji wspominali o 120 ml... ale tak naprawdę: jak się popieści, to i 200 mililitrów się zmieści. Woda miała temperaturę 90 stopni. Parzenia trwały: 2; 4; 15 minut.



Sama herbata w opakowaniu pachniała przyjemnie i zaskakująco. Subtelny aromat zielonej herbaty (jednak nie był to zapach stricte japoński) był podkręcony nutką korzennych przypraw. Roślinność późniejszej zielonej herbaty ze wspomnianymi korzeniami było naprawdę dobrze zapowiadającym się połączeniem.


Pierwsze parzenie dało niezwykle aromatyczny napar, gdyż korzenne przyprawy w mgnieniu oka rozeszły się po całym pokoju. Napar był koloru głębokiej żółci (w tym kolorze widać było lekkie orzeźwienie). A smak? Bardzo pełny, aksamitny, zrównoważony w swej pikantności. Wyścielał całe usta, i pozostawiał na długo swoją ostrość. Co było w tym wszystkim najciekawszego? Pierw pojawiła się roślinność, która przeobraziła się (dość szybko) we wspomnianą pikantność. Smak przypraw pozostawał długo gdzieś "z tyłu" - jakby w gardle.



Kolejne było całkiem inne. Niby słabsze od poprzedniego, ale dalej mocne w swej zwiewności. Było pełne, jednak tym razem wszystkie smaki (roślinność z przyprawami) skumulowały się ze sobą, dając całkiem inne odczucia.



Jednak ostatnie parzenie (pomimo że było najdłuższe, to jednak najsłabsze z wiadomych względów) dało napar słomkowo-zielonkawy. Sam aromat był delikatny, jednak o przyprawach nie dało się zapomnieć. Goryczka absolutnie się nie pojawiła (wręcz muszę wspomnieć o pewnej słodyczy na granicy z pikanterią).



A kolejna degustacja herbaty... będzie w zimę! Ciekawe, czy pogoda wpłynie na odbiór herbaty przez moje kubki smakowe? Jedno jest pewne: na pewno wykorzystam te same parametry parzenia!
PS. Oczywiście wiem, że w założeniu miał być szybki wpis...

9.07.2016

Herbaty Shincha 2016 z ogrodów p. Shibamoto

Wyczekiwane i świeże tegoroczne herbaty z Japonii zagościły w moim barku (tak... jedni mają w barku wódkę, koniaki, whisky... a ja mam herbatę). A herbaty są nie byle jakie, ponieważ pochodzące z ogrodów p. Shibamoto, usytuowanych w prefekturze Shizuoka w mieście Makinohara. Dodatkową atrakcją jest fakt (o którym dowiedziałem się na stronie sklepu eherbata.pl, gdzie kupiłem te świeżynki), że lepszy rozwój krzewów zapewniają dwie kozy - Sakura i Momo. Akcenty wsi nie są mi obce i wiem, że właśnie taki "zwierzęcy" nawóz, jest jednym z najlepszych! (Dotyczy herbaty Kamairi Shincha). :)


Chciałbym zacząć od czegoś bardziej nietypowego - Kamairi Shinchy, która była przetwarzana na modłę chińską - czyli liście zostały poddane prażeniu w wokach. Dodatkowym atutem jest to, że wspomniane prażenie zostało przeprowadzone ręcznie. Sam zbiór i obróbka odbyły się 13 maja 2016r.


Jeżeli chodzi o susz, jest on rzeczywiście nietypowy (porównując do innych herbat shincha, z którymi miałem do czynienia). Jedynie dość duża ilość bardzo drobnych kawałeczków liści jest podobna. Natomiast opisując większe elementy, zauważyć można, nazwijmy to "chińskie kształty liścia", a także kilka gałązek. Próbując "wczytać się" w ich zapach, czuję coś charakterystycznego dla matchy. Jeszcze nigdy nie czułem tak wielkiego podobieństwa między matchą a shinchą. Wyczuwalne są tam roślinne nuty, które kojarzą mi się z aromatem, który wydobywa się ze zgniecionych liści owoców pestkowych: śliwki, czereśni czy wiśni. Nie ma w nim absolutnie morskości.


Kamairi Shinchę zaparzyłem w shiboridashi, które kupiłem ostatnio na Święcie herbaty w Cieszynie. Ma ono pojemność około 100 mililitrów, więc jest dokładnie takie, jakiego poszukiwałem. Użyłem 2,5g herbaty, a także wody o temperaturze 80 stopni. Parzenia trwały kolejno: 1:30, 1:00, 3:00.


Liście w wygrzanym shiboridashi skumulowały bardzo złożony zapach. Był on zdecydowanie japoński, bardzo roślinny, z naprawdę delikatnym słonym akcentem. Można było wyczuć też coś, co przypominało smak jądra świeżej pestki wiśni.


Napar wyszedł bardzo żółty, co widoczne jest nawet przy czarkach o tak ciemnym wnętrzu. Aromat był słodki, roślinny i rzeczywiście wiśniowy. W sklepie wspominają nawet o zapachu liści sakury. Niestety nie miałem przyjemności spróbować naparu z tych liści, więc porównania nie mam. Jednak najciekawsze w tym wszystkim jest to, że akcenty takiej polskiej ogrodowej wiśni są wyczuwalne nie tylko w aromacie, ale i w smaku. Napar wydaje się oleisty, roślinno-kwiatowy, z wyczuwalnym akcentem goryczki, która nie jest taka, jak w wyobrażeniu wielu Polaków odnośnie do herbaty zielonej, a kojarzy mi się ze wspomnianą pestką, która zostaje w ustach na długo po wypiciu.


Kolejne parzenie było lekkie w swojej oleistości. Roślinność zlała się ze wspomnianym pestkowym akcentem, przy czym goryczka zmalała do minimum. Trzecie, ostatnie parzenie było najbardziej zwiewne i płynne. Nie było tak gęste jak dwa poprzednie, natomiast na pierwszym planie pozostały delikatne, wspomniane już akcenty. Wydaje mi się, że to parzenie było najbardziej ściągające. Jest to z pewnością shincha całkiem inna niż pozostałe. Z jednej strony wyjątkowa, z drugiej, jak na produkt japoński - dziwna. Jednak dziwna w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Dwie następne będą shinchami podobnymi, ponieważ jedna z nich będzie wersją bardziej podstawową (Shincha Makinohara Take), a druga - wersją premium (Shincha Makinohara Matsu). Obie zbierane były 2 maja br. Dodatkowe informacje dla obu herbat to: kultywar krzewu - Yabukita. Jak przeczytałem na stronie sklepu, jest to najbardziej tradycyjna japońska odmiana krzewu. Ciekawy jest również fakt, że data zbioru jest dniem po "Osiemdziesiątej ósmej nocy", którą uważa się za początek zbiorów. Zarówno Shincha Take, jak i Matsu to senche fukamushi, czyli są długo parowane (źródło: eherbata.pl).


Zacznę od Shnchy Makinohary Take, żeby przejść od "gorszego" do "lepszego". Jednak czy w przypadku takich herbat można mówić o czymś lepszym i gorszym? Nie bardzo... Tak więc stwierdzenie to potraktujmy bardziej teoretycznie.


Parzenie wykonałem w moim większym hohinie (około 180ml), wykorzystując wodę o temperaturze 75 stopni. Parzenia trwały kolejno: 1:00, 0:20, 0:40. Zapach liści w ogrzanym naczyniu skojarzył mi się z roślinnością, połączoną z nutami owocowymi. Jakiś melon, mango, może papaja. W zapachu było wyczuwalne umami.


Pierwsze parzenie dało mętny napar, o silnym aromacie roślin z owocową nutą. W smaku na wstępie pojawiła się minimalna goryczka, która przeobraziła się w ciekawą i owocową słodycz, na długo pozostającą na podniebieniu i z tyłu języka. Goryczce towarzyszyło też delikatne ściągające uczucie. Umami również było na wysokim poziomie.



Chciałoby się powiedzieć, że to najlepsza shincha, jaką piłem w życiu. Jednak to samo pomyślałem o wcześniejszej... a pamiętać muszę, że przede mną jeszcze degustacja wersji premium! Myślę, że każda shincha p. Shibamoto jest wyjątkowa i najlepsza.


Drugie parzenie dało napar bardziej mętny, przez co pojawiło się uczucie gęstości naparu. W aromacie wyczułem wyraźną roślinność. Tym razem w smaku nie pojawiła się ta początkowa gorycz. Sama słodycz nie jest silna, gdyż przytłacza ją wytrawna roślinność, która pozostaje w ustach na długo. Dopiero po chwili pojawiło się coś goryczkowatego, jednak utrzymywało się to z tyłu języka i w tylnej części podniebienia.

Napar III parzenia.

Ostatnie parzenie było również ciekawe. Dało wyniki, które były połączeniem dwóch wcześniejszych parzeń. Goryczka taka jak w II parzeniu, pojawiła się na wstępie (jak w I) z delikatną słodyczą gdzieś w tle.


Ostatnią będzie wspomniana już Shincha Makinohara Matsu. Postanowiłem tym razem potraktować ją łagodniej, w związku z czym na pojemność 100ml użyłem 3g suszu. Woda też była chłodniejsza - miała 70 stopni. Czasy parzeń pozostały natomiast bez zmian.


Pierwsze parzenie dało żółto-zielony napar. Również był delikatnie mętny. W smaku wydawała się bardziej kwaskowata, jednak tylko na początku. Smak okazał się eksplozją w ustach. Trochę cytrusów, roślinność, szczypta goryczki oraz ściągające uczucie (tylko na wargach). Ta wersja okazała się delikatniejsza, ale pełniejsza w smaku. Wszystko jest w niej bardziej ułożone i wytrawne, a roślinność zlała się z owocowym akcentem.




Za drugim razem aromat znowu był roślinny. Nie pojawił się też żaden "cięższy" akcent. Myślę, że było to spowodowane niższą temperaturą (na pewno poeksperymentuję jeszcze z takimi parametrami i wersją Take). Napar był bardzo płynny, delikatny... wyśmienity! Po prostu bomba roślinno-owocowa.


Natomiast ostatnie parzenie chyba... zepsułem. Prawdopodobnie nie zlałem całości z poprzedniego parzenia, w związku z czym wyszedł mi najgęstszy, najbardziej zielony napar, niczym zupa szpinakowa. Na szczęście goryczka nie zdominowała innych akcentów, jednak była wyczuwalna najbardziej ze wszystkich parzeń. Co ciekawe, goryczka była spleciona z lekką i orzeźwiającą kwaskowatością.




Przekrój przez trzy różne Shinche był ciekawym doświadczeniem. Uzupełnię go (jak już wspomniałem) eksperymentami z każdą z nich. A może warto rzucić czasem w cholerę stoper w telefonie, wagę, termometr i zrobić coś na wyczucie? Tym bardziej, że ostatnio zaparzony pu-erh właśnie w taki sposób smakował mi najbardziej? Nie wiem jednak, czy odważę się zrobić to z herbatą zieloną na dodatek z Japonii. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana... a może wtedy właśnie Shincha okaże się przysłowiowym szampanem?