Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czysta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czysta. Pokaż wszystkie posty

31.12.2016

Tie Guan Yin marki Red Seal Tea od Arti Unici

Czytając Księgę Herbaty O. Kakuzo, natknąłem się na taoistyczną przypowieść O poskromieniu harfy (źródło: O.Kakuzo: Księga Herbaty, wyd. Piaskowy Smok).


Kiedyś, w zamierzchłych czasach, w Wąwozie Lungmen stało drzewo Kiri, prawdziwy król lasu. Wystarczyło, żeby podniosło głowę, aby mogło rozmawiać z gwiazdami, a jego korzenie sięgały głęboko w ziemię, splatając swe brązowe zwoje z cielskiem srebrnego smoka, który spał w głębi. I zdarzyło się, że potężny czarownik zrobił z tego drzewa cudowną harfę, której upartego ducha ujarzmić mógł tylko największy z muzyków. Wiele lat przeleżała ona w skarbcu cesarza Chin, lecz wszelkie próby wykrzesania z jej strun melodii spełzały na niczym. Choć starali się z wszystkich sił, w odpowiedzi harfa brzdąkała chropawo i wzgardliwie w niezgodzie z nutami pieśni, które pragnęli odśpiewać. W żadnym nie chciała uznać pana. W końcu przybył Peiwoh, książę harfiarzy. Delikatną ręką objął harfę niczym ten, kto próbuje ugłaskać narowistego konia, i lekko dotknął strun. Śpiewał o naturze i porach roku, wysokich górach i płynących rzekach, i tak zbudził w drewnie drzewa Kiri wspomnienia. Raz jeszcze między jego gałęziami igrał słodki oddech wiosny. Młodzieńcze wodospady tańczące w wąwozie śmiały się do rozkwitających kwiatów. Wkrótce rozbrzmiały senne głosy lata, a w nich — roje owadów, łagodny stukot deszczu, śpiew kukułki. Słuchajcie! Oto grzmi tygrys — dolina znów odpowiada. Jest jesień, w pustce nocy księżyc ostrym jak miecz blaskiem oświetla oszronioną trawę. Teraz rządzi zima, w ciężkich od śniegu przestworzach krąży stado łabędzi, a grzechoczące kulki gradu uderzają o konary drzewa z gwałtowną rozkoszą. Wówczas Peiwoh zmienił tonację i zaczął śpiewać o miłości. Las kołysał się jak pogrążony w głębokiej zadumie namiętny kochanek. Po nieboskłonie niczym wyniosła panna przemknęła piękna, jasna chmura, lecz przechodząc, rzuciła na ziemię długie cienie, czarne jak sama rozpacz. Melodia znów się zmieniła; teraz Peiwoh śpiewał o wojnie, o dźwięczącej stali i tętencie rumaków. W harfie obudziła się burza nad wąwozem Lungmen, smok ujeżdżał błyskawicę, grzmot jak lawina przetoczył się przez góry. Upojony pięknem chiński monarcha spytał Peiwoha o sekret jego zwycięstwa. 
― Panie ― odrzekł ― inni zawiedli, gdyż śpiewali tylko o sobie. Ja pozwoliłem harfie wybrać pieśń i sam dobrze nie wiem, czy to harfa była Peiwohem, czy Peiwoh harfą.


Dlaczego ta przypowieść znalazła tu swoje miejsce? Może nasunęły Ci się jakieś skojarzenia? Otóż wydaje mi się, że w pewnym stopniu podobnie jest z herbatą, w którą należy wsłuchać się niczym dobry muzyk, aby wydobyć z niej piękny dźwięk. Potraktowana z góry odpłaci się pięknym za nadobne: brakiem charakteru, zwykłym herbacianym brzdąkaniem. Jednak gdy działamy zgodnie z jej naturą, charakterem, nasze zmysły, zwłaszcza zmysł smaku, doświadczą prawdziwego koncertu smaku i aromatu. A wracając do samej książki - polecam zapoznanie się z tą lekturą. Nie tylko poszerza horyzonty herbaciane, ale porusza wiele kwestii nieherbacianych, które krążą wokół samej herbaty. Jest cennym źródłem informacji i inspiracji dla późniejszych rozważań. 

A dzisiaj, niczym w harfę z przypowieści, chciałem wsłuchać się w herbatę Tie Guan Yin, którą dostałem w prezencie od Arti Unici, za co serdecznie dziękuję.


Wiele razy wspominałem, że Tie Guan Yin to chyba jeden z moich ulubionych oolongów, w związku z czym postanowiłem mu poświęcić osobny czajniczek, który hoduję na wspomnianej właśnie herbacie. Jeżeli chodzi o TGY od Red Seal Tea, podobnie jak opisany wcześniej oolong Da Hong Pao, spakowany został w bardzo estetyczne pudełko, w którym skrywa się 10 malutkich, złotych paczuszek. W każdej z nich znajdziemy odmierzoną porcję 5 gramów. Właśnie tyle suszu używam w przypadku parzenia TGY w 250ml czajniczku. Temperatura wody oscyluje wokół 90 stopni. Czas parzeń... oddaję się wszystkim zmysłom, aby herbata mogła sama pokazać, kiedy jest na nią czas. Właśnie wtedy wychodzi najsmaczniejsza!



Wspomniałem o złotej paczuszce... A co znajdziemy wewnątrz? Zwinięte urocze kuleczki, których kolor jest wielce zróżnicowany: od najjaśniejszych do ciemniejszych. Zapach po otwarciu torebki jest dość delikatny, jednak pełny: mleczno-kwiatowy. Kiedy umieściłem je w ogrzanym czajniczku, na pierwszy plan wyszedł mleczny akcent z nutką owoców.


Aromat pierwszego parzenia był silnie kwiatowy, świeży. Skojarzył mi się z nadchodzącą (w niedalekiej przyszłości nadchodzącego Nowego Roku) wiosną.



Smak był eksplozją różnych smaków i skojarzeń, które pojawiły się naraz - w jednym momencie, w jednej chwili, w jednej czarce. Kwiatowy charakter z subtelnym, maślanym akcentem - to stwierdzenie idealnie opisuje jej profil smakowy. Dodatkowo mam wrażenie, że gdzieś z tyłu podniebienia wyczułem coś rodzynkowego.


Kolejne parzenia były początkowo bardziej roślinne, następnie kremowe. W przypadku czwartego zwiększyłem już temperaturę wody.



Do samego końca herbata była paletą herbacianych wspomnień (i to nie tylko tych, których doznałem w czasie mijającego Starego Roku...).

12.11.2016

Czarna i zielona herbata z Kraju Krasnodarskiego

Był Ivan czaj, był Kurylski czaj, przyszedł więc czas na herbatę z krzewu camelii produkowaną w Rosji, a dokładniej w Kraju Krasnodarskim w mikrorejonie Dagomys, który uważany jest za ojczyznę rosyjskiej herbaty. Dla przykładu na fotografii poniżej możemy zobaczyć, jak wygląda górska plantacja herbaty w Dagomys (źródło fotografii: ru.wikipedia.org):


Kompania Dagomysczaj (Группа компаний Дагомысчай) jest przedsiębiorstwem, które hoduje herbatę na własnych plantacjach, obrabia ją, a także pakuje w jednej z pierwszych w Rosji herbacianych fabryk we wsi Wołkowka (Волковка). Zgodnie z historią, która została opisana na stronie Dagomystea, kompanię założono w 1939 roku, i właśnie do tego czasu ponad 100 hektarów plantacji herbaty rozpościerało się w miejscowości Dagomys w pobliżu Soczi. 

W 1947 roku założono Dagomysskij czajnyj sowchoz (Дагомысский чайный совхоз), który produkował herbatę marki Krasnodarskij czaj (Краснодарский чай). Następnie sowchoz został zmieniony w Kompanię Dagomysczaj, a sama marka w istniejącą do dziś markę Krasnodarskij czaj "Dagomysczaj" (Краснодарский чай "Дагомысчай").


Firma podkreśla, że dzięki specjalnym warunkom klimatycznym liść herbaty ma szczególną jakość, ponieważ dojrzewa on dłużej, przez co zyskuje niepowtarzalny smak i wiele właściwości prozdrowotnych. Ponadto krzewy herbaciane nie są narażone na działanie szkodliwych substancji chemicznych ze względu na klimat, który nie jest korzystny dla owadów, jednak wpływa on bardzo dobrze na rozwój herbacianych krzewów. Kompania troszczy się również o utrzymanie tradycji produkcji herbaty, a kompleksy przetwarzające i pakujące herbatę znajdują się bezpośrednio na plantacjach, co pozwala na szybkie dostarczenie liści herbacianych, bez uszczerbku dla jakości (źródło: Dagomystea).


Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie - z Rosji przywędrowała do mnie urodzinowa paczka z 3 herbatami. Jedną z nich był Kurylski czaj. Dwie pozostałe były herbatami z Kraju Krasnodarskiego firmy Dagomysczaj: jedna zielona i jedna czarna. To właśnie im poświęcę dzisiejszy wpis.


Jako pierwszą zaparzyłem herbatę czarną. Na opakowaniu widniała informacja o tym, aby listki zalać wrzątkiem i parzyć 5 minut. Czas skróciłem jednak do 4 minut. Sama herbata ma subtelny aromat. Nie ma w nim nuty wędzenia, w związku z czym zapach był bardziej świeży. W ogrzanym czajniczku, kiedy znalazły się w nim listki, pojawiła się winna nuta. Po 4 minutach uzyskałem ciemny kolor naparu, wpadający w bordo. W zapachu można wyczuć owocowo-winne nuty. Delikatna goryczka na początku dość szybko zniknęła. Herbata jest ciepła w odbiorze (oczywiście chodzi tutaj o jej charakter).


Jest to idealna propozycja do codziennego picia podczas chłodnych jesiennych i zimowych wieczorów. Tak ogólnie, herbata niczym szczególnym się nie wyróżniała, jednak nie zawiodła mnie swoim smakiem. Oferuje po prostu to, czego się można po niej spodziewać.


Kiedy napar odrobinę przestygł, okazał się o wiele smaczniejszy niż w wersji "na gorąco". Wyczułem subtelną nutę, którą znam z herbat gruzińskich... Zdecydowanie warto chwilkę odczekać!

Jeżeli chodzi o zieloną herbatę, to kiedy otworzyłem paczuszkę, moim oczom ukazał się całkiem ładny susz (tak naprawdę spodziewałem się czegoś równie drobnego, jak w przypadku herbaty czarnej).


Postanowiłem tym razem herbatę zaparzyć w gaiwanie. Zalecany czas parzenia był dokładnie taki sam, jak w poprzedniej herbacie. Postanowiłem jednak nie traktować jej tak... brutalnie. W związku z tym temperaturę przestudziłem do 85 stopni C, i skróciłem czas do 2 minut (wykonałem przy okazji drugie, pięciominutowe parzenie).


Listki w ogrzanym gaiwanie wydzielały lekko dymny zapach. Za to aromat herbaty był całkiem przewidywalny. Zaskoczyła mnie natomiast konsystencja naparu, która była dość oleista. W smaku herbata była trawiasta, całkiem niezła. Nie było w niej cienia goryczy, jednak po chwili pojawiło się na podniebieniu ściągające uczucie.


Herbata była ogólnie na plus. Na pewno nie jest to w smaku jakaś japońska Sencha czy chiński Long Jing, jednak ogólnie jest całkiem całkiem. Zdecydowany plus za kolejny krok na herbacianym szlaku.


Przygotowując wpis, korzystałem z poniższych źródeł:
http://www.dagomystea.ru/
https://ru.wikipedia.org/wiki/Дагомыс
https://ru.wikipedia.org/wiki/Дагомыс#/media/File:Dagomys_-_chai.jpg

8.10.2016

Jak smakował 2013 rok? - czyli Dong Ding Award

Piąty rok studiów, nowy rok akademicki już się zaczął, a wraz z nim nowe wyzwanie - pierwsza praca na poważnie. Sam się zastanawiam, kiedy zleciały mi te 2 miesiące, w których nie opublikowałem ani jednego wpisu. Jak zapewne (prawie) każdy z Was widzi, czuje i... marznie, jesień zagościła za naszymi oknami. Kiedy wracam do domu, a na dzikich kawałkach ziemi rosną jesienne kwiaty polne, uświadamiam sobie, że do następnego lata trzeba będzie dłuuugo czekać. Chcąc jednak umilić sobie tę jakże zmienną porę roku, zabieram zwykle kilka gałązek wspomnianych kwiatów do domu. O jakich kwiatkach mówię? Mam na myśli marcinki - czyli kwitnące jesienią astry. Myślę, że będą one idealnym towarzystwem dla jakiegoś dobrego oolonga. W związku z tym wyciągnąłem z mojego barku malutką paczuszkę, z hermetycznie zapakowaną porcją liści (całe 10g). Gotuję wodę, a już przestudzoną do 90 stopni wlewam do termosu.



Z tyłu opakowania widnieje informacja, że zbiór odbył się w prosiniec 2013... dobrze pamiętam, kiedy na gramatyce porównawczej języków słowiańskich porównywaliśmy nazwy miesięcy w poszczególnych językach słowiańskich... ten czeski prosiniec (czyli grudzień) był wyjątkiem od słowiańskich schematów. Jednak wracając do roku zbioru... dokładnie pamiętam ten rok. To właśnie wtedy pojawiła się moja ciekawość do poznawania herbaty, która dość szybko przerodziła się w pasję. W pierwszej połowie roku kupiłem sławetny zestaw do yerba mate (od którego wszystko się zaczęło), a już w drugiej połowie roku zaopatrzyłem się w dwie sypane zielone aromatyzowane herbaty. To był przełom. W tamtym roku nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mógłbym próbować herbaty takiej jak ta - tajwańskiego, częściowo prażonego (w 40%) oolonga. Dzięki tej malutkiej paczuszce mogę spróbować jak smakował ten szczególny dla mnie 2013 rok.


Jeżeli chodzi o parametry parzenia, były one następujące: około 5g herbaty (po prostu pół paczki), woda o temperaturze 90 stopni, wieeele parzeń, z których pierwsze trwało 30s., kolejne skróciłem, a potem... to już wolna amerykanka.


Suche liście pachniały mocno, odrobinę orzechowo, roślinnie z wyraźną nutą mocno podpieczonej skórki chleba pszennego. W ogrzanym naczyniu wspomniany podpiekany akcent splótł się z delikatną, jakby kwaskowatą nutą suszonych owoców.


Jednak jeżeli chodzi o sam napar, to pierwsze parzenie było całkiem odmienne od pozostałych. Określiłbym je jako wspaniały balans pomiędzy dwoma rodzajami oolongów. Był totalnym przeciwieństwem tego, czego moglibyśmy oczekiwać od zapachu liści. Smak był bardziej roślinny, nawet odrobinę kwiatowy. Zaskakujący! Jednak każde następne, to klasyka takiego oolonga: zdecydowany charakter, wyraźne pieczenie, orzechowy akcent, z odrobiną roślinności.



A ile było parzeń? Dużo. Sam nie pamiętam... stan błogości, jaki towarzyszył mi dzisiaj, sięgnął zenitu. W związku z czym nie kontrolowałem prawie niczego. Jeszcze wracając do samej herbaty, chciałem podkreślić, że była ona bardzo rozgrzewająca - dzisiaj sprawdziła się wprost idealnie! A udzielając krótkiej odpowiedzi na pytanie z nagłówka wpisu: jak smakował 2013 rok, odpowiem krótko i treściwie: fantastycznie!

18.08.2016

Matcha Yamecha

Planów na herbaciane recenzje mam sporo, tak samo jak zaczętych już wpisów. Zwykle mówię - wszystko po kolei... jednak czasem wyskoczy coś totalnie "niespodziewanego", na przykład koniec opakowania z Matchą, i otwarcie kolejnej puszki. I to właśnie tej herbacie zostanie poświęcony dzisiejszy wpis. Bardziej ogólne informacje na temat herbaty Matcha zamieściłem w tym wpisie.


Herbata, którą wziąłem dziś na tapet, pochodzi z plantacji w rejonie Fukuoki (Yame). Do jej przygotowania użyłem jak zawsze 100ml wody o temperaturze około 70 stopni, a także 2 chashaku herbacianego proszku. Wcześniej przesianą przez sitko i zalaną wodą Matchę, ubijałem przez 30 sekund.


Po otwarciu puszeczki ukazał mi się proszek, którego kolor był intensywnie zielony i bardzo żywy (niestety zdjęcie nie oddaje w pełni koloru). W zapachu herbata była naprawdę słodka, inna niż te, z którymi miałem do czynienia do tej pory. Słodycz skojarzyła mi się z nutą orzechów (a co mnie zdziwiło najbardziej - z nutą orzechów, podobną do tej, którą znam z dobrych herbat Long Jing).



Po 30 sekundowym ubijaniu napar był gotowy do spożycia. Aromat, który unosił się znad chawanu był nieziemski: słodki, delikatnie warzywny ze słodką nutką (takiego słodkiego popcornu). Jak przystało na japońską Matchę - kolor naparu był również bardzo zielony, a powstała pianka okazała się gęsta, jasnozielona, pokaźnych rozmiarów.



Jeżeli chodzi o smak, to był bardzo delikatny, kremowy, aksamitny. W mgnieniu oka wypełnił całe usta przyjemnym uczuciem, gdyż był umiarkowanie słodki bez cienia goryczy. Również przyjemna była konsystencja wyczuwalnej pianki, która dawała ciekawe doznania, kiedy pozostawała na i w ustach.



Wnioski tym razem są jedne i niezmienne - na Matchy zdecydowanie nie warto oszczędzać. Fakt - wiedziałem o tym wcześniej, ale dopiero spróbowanie lepszej może utwierdzić człowieka w tym przekonaniu. Inwestycja w Matchę to tak naprawdę inwestycja w smak, aromat, kolor naparu i przede wszystkim przepiękną piankę. A teraz... zabezpieczona herbata "idzie" do lodówki, żeby nie uleciało z niej to, co najlepsze.

17.08.2016

Ceylon Moragalla oolong

Oolongi chińskie, oolongi z Tajwanu, z Wietnamu, z Jawy, z Darjeelingu, z Nepalu, z Japonii i... ze Sri Lanki. Tak: herbaty oolong produkowane są prawie wszędzie! Chyba nie spotkałem się jeszcze z oolongiem z Afryki. No, ale... przecież może tylko się z takimi nie spotkałem? Wszystko przede mną (przed nami). Dzisiaj chciałem poświęcić wpis herbacie (podobno) oolong pochodzącej z Cejlonu. Jak podaje sprzedawca, jest to herbata, której liście zbierane były w regionie Ruhuna, na plantacjach o wyższym zasoleniu gleby, usytuowanych poniżej 60 metrów n.p.m. Dowiadujemy się również, że Moragalla to nazwa fabryki, w której zebrane liście są przetwarzane (źródło: eherbata.pl).


Liście są całkiem sporych rozmiarów, są bardzo ciemne, i ogólnie pachną całkiem nieźle: delikatnym dymkiem z jakimiś letnimi owocami i subtelną słodyczą. Umieszczone w ogrzanym naczyniu uwalniają winne akcenty z delikatną nutą cytrusów. Herbatę tę (w ilości 5 gramów) zaparzyłem w czajniczku o pojemności 150ml, wykorzystując świeżo zagotowaną wodę.


Przy pierwszym parzeniu, które trwało 50 sekund, na prowadzeniu ukazały się winne nuty. Dominowała goryczka, natomiast jeżeli chodzi o smak, to był on bardzo klasyczny, niczym czarne herbaty z Cejlonu. Było w nim coś z gorzkiego kakao, coś owocowego i odrobinę winnego.


Kolejne parzenie, dłuższe w porównaniu z pierwszym, było podobne, jednak operowanie czasem  tak naprawdę okazało się wyłącznie operowaniem goryczką naparu. Pojawiło się też ściągające uczucie, które zawładnęło całymi moimi ustami.


Trzecie parzenie (2:20) dało już napar bardziej delikatny, bez goryczy i bardzo klasyczny. Za to w przypadku ostatniego zagapiłem się, i przeciągnąłem czas do 6 minut. Co się okazało, sprawdziły się stwierdzenia: nic się nie dzieje bez przypadku oraz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ to parzenie zasmakowało mi najbardziej. Nie było w nim goryczy, a wyczuwalny owocowy akcent był naprawdę przyjemny.


Herbatę podsumowałbym tak: dobra czarna herbata, przy czym jest to średni oolong. Jednak tak jak z pewnością już wspominałem - miłośnikiem czarnych herbat nie jestem. Musi mieć ona w sobie naprawdę to coś, przez co stwierdzę: tak! to jest mój smak! Parzeniu towarzyszył mi nieproszony zielony "kolega", który gdy tylko został zauważony, został wyeksmitowany na zewnątrz:


8.08.2016

Da Hong Pao marki Red Seal Tea

Tak sobie myślę, że chyba nie ma herbaciarza, który nie piłby Da Hong Pao lub nie miałby tego w swoich planach. Ten wspaniały, wyżej oksydowany oolong był podobno pierwotnie zbierany przez małpy, wyłącznie z sześciu krzewów rosnących w górach WuYi, znajdujących się w prowincji Fujian, które aktualnie objęte są ochroną. Za Da Hong Pao marki Red Seal Tea chciałem bardzo podziękować sklepowi ARTI UNICI.


Tak to właśnie jest, że z nazwami czy po prostu z różnymi herbacianymi pozycjami wiąże się naprawdę wiele legend. Zwykle mają one jakiś wspólny mianownik, jednak często różnią się między sobą pewnymi szczegółami. Jedną z legend znalazłem na rosyjskiej stronie, a historię inspirowaną na jej podstawie chciałbym przedstawić w tym miejscu:

Da Hong Pao zawdzięcza swoją nazwę historii, zgodnie z którą podczas panowania dynastii Ming jeden z absolwentów uniwersytetu udał się do Pekinu, aby tam zdać egzaminy królewskie. Kiedy podążał przez góry WuYi, niespodziewanie poczuł straszny ból w żołądku. Nagle spotkał buddyjskiego mnicha ze świątyni Tianxin Yongle. Mnich wziął odrobinę herbaty Da Hong Pao i zaparzył ją. Kiedy chłopak wypił czarkę tej herbaty, ból żołądka nagle minął. Kiedy poczuł się lepiej, podziękował mnichowi, a przy okazji wziął ze sobą odrobinę cudownej herbaty do Pekinu. Kiedy przybył do stolicy, dowiedział się, że królowa jest chora, i żaden lekarz nie może jej wyleczyć. Wziął więc czajnik, herbatę i poszedł do cesarzowej. Ta wypiła herbatę i stopniowo zaczęła zdrowieć. Cesarz był tym faktem wielce uszczęśliwiony, ale i zadziwiony tak wspaniałymi właściwościami leczniczymi tejże herbaty. Kiedy wybrał najpiękniejsze czerwone tkaniny z całego swojego dworu, wysłał swoich podwładnych, żeby ci nakryli nimi drzewa herbaty, aby uchronić je przed zimnem. Wysłał także swoich wojowników, którzy mieli chronić krzewy. Od tego czasu herbata ta była dostarczana wyłącznie na dwór cesarski. Oto historia, dlaczego właśnie tę herbatę nazywano Wielką Czerwoną Szatą.


Wracając jednak do produktu, w eleganckim eko-opakowaniu znajdziemy 50 gramów herbaty. Co istotne, cała gramatura została spakowana w 10 oddzielnych, malutkich złotych opakowań, które nie tylko ułatwiają porcjowanie herbaty, ale i chronią ją przed utratą tego wszystkiego, co w herbacie najlepsze i najistotniejsze. Jej liście pochodzą z jesiennych zbiorów 2015 roku.


Jej specyfikę świetnie oddaje opis, zamieszczony na stronie sklepu, zgodnie z którym dowiadujemy się, że jest to "herbata ręcznie zbierana na plantacjach usytuowanych na wysokości 2000 metrów nad poziomem morza. Krzewy herbaciane hodowane na takiej wysokości rozwijają się ogrzewane słońcem i odżywiane często występującymi w tych rejonach deszczami. Góry WUYI SHAN, skąd pochodzi herbata DA HONG PAO, są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO a poza fantastyczną herbatą hoduje się tu rzadkie odmiany roślin leczniczych".


Parzenie wykonałem w 100ml gaiwanie, a chcąc wyciągnąć z tej herbaty najwięcej tego wszystkiego, co ma do zaoferowania, użyłem na taką objętość całą 5 gramową torebkę, wodę o temperaturze 90 stopni C, rozpoczynając parzenie od 15 sekund i stopniowo wydłużając czasy parzeń o około 5-10 sekund (nie licząc tych ostatnich "eksperymentalnych", które były o wiele dłuższe od pozostałych).


Herbata, którą wziąłem dziś na tapet, okazała się niezwykle aromatyczna. Po otwarciu saszetki buchnął z niej silny aromat orzechów i podpiekania. Jednak po przełożeniu ich do ogrzanego gaiwana, zapach zmienił się, dalej ukazując wspomniane nuty, jednak były one splecione z akcentem dojrzałych i pieczonych owoców.


Herbata przy takim parzeniu była naprawdę wydajna. Można skończyć np. na 8 parzeniach, jednak chcąc wyciągnąć z niej jak najwięcej (jak już wspomniałem - wydłużyłem czasy ostatnich parzeń). Jedno jest pewne - zdecydowanie mi się za to odwdzięczyła. Sam kolor naparu oscylował wokół złotych, brązowych, pomarańczowych, bursztynowych odcieni. Aromat był początkowo słodki, wyczuwalne były w nim wypiekane nuty z owocowym charakterem. A smak? Herbata była delikatna, aksamitna i... pieszczotliwa. Niezwykle lekka, jednak poważna i dostojna. Momentami dał się wyczuć akcent skórki wypieczonego chleba żytniego. Nie można też zapomnieć o występującym orzechowym charakterze.


Nie mogłem odpędzić od siebie myśli (i chyba było to pierwszy raz w przypadku oolongów z centralnych Chin), że owocowość tej Da Hong Pao kojarzyła mi się z owocowością najlepszych tajwańskich oolongów (w smaku i aromacie).


Z biegiem czasu smak stawał się bardziej płynny, jednak dalej smaczny i pełny. Pod koniec wspomniana płynność była połączona z nutami czekolady, kawy oraz miodu. Nie pamiętam dokładnie, co było w którym parzeniu, gdyż zapiski nie były wykonane przeze mnie dzisiaj dość skrupulatnie, ze względu na chillout, z jakim podszedłem do tej herbaty. Tym razem chciałem spokoju, odprężenia i przede wszystkim radości płynącej z parzenia tej herbaty.

Liście po wszystkich parzeniach

Na sam koniec muszę się powtórzyć, ale herbata była tak wydajna, że zastała mnie przy niej noc... po ostatnim parzeniu pojawił się malutki Księżyc na tle ciemnych przestworzy: