Dzisiaj będzie chyba o ostatnim tajwańskim oolongu, z jakim miałem w ostatnim czasie przyjemność się zapoznać (nie licząc Dongdinga z Cieszyna, który poczeka jeszcze na swoją kolej). Tsui Yu Lugu przeszedł proces oksydacji, który wynosi około 12-20%. Jest on nowym rodzajem herbaty. Wpisany został do rejestru herbat tajwańskich w 1981 roku. Bardzo ciekawe jest tłumaczenie na język polski nazwy herbaty, ponieważ Tsui "oznacza piękny, niebiesko-zielony kolor piór zimorodka", natomiast Yu to klejnot (źródło: eherbata.pl).
Tajwańskie oolongi zwykle parzyłem w gaiwanie, wykorzystując krótsze czasy parzeń przy zwiększonej ilości suszu. Jednak dzisiaj chciałem wypróbować i opisać parzenie w szklanym czajniczku, przy proporcji 1g herbaty na każde 50 ml wody - czyli parzenie podobne do tych, jakie zwykle oferują nam herbaciarnie. Woda, której użyłem miała około 90 stopni. Wykonałem tym sposobem trzy parzenia, które trwały kolejno: 1:30; 1:00; 2:30.
Liście tego oolonga pachną przyjemnie. Odznaczają się ciekawymi (jak zawsze) nutami kwiatów oraz wiosennych roślin, budzących się po zimie do życia. Jednak muszę przyznać, że Si Ji, oraz Jin Xuan Lugu zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu. Wyprzedzę trochę fakty, ale w smaku i brakuje mi czegoś i coś mi przeszkadza.
Smak naparu z pierwszego parzenia był aksamitny, kwiatowy i roślinny, ale nie tak śmietankowy, jak inne tajwańskie oolongi. Jednak tak jak już wspomniałem, dla mnie nie jest on powalający, tylko taki standardowy. Kolejne było podobne do pierwszego, i nie miało jakichś odmiennych cech. Ostatnie, zdecydowanie mniej kwiatowe i mniej aksamitne.
Niestety największą zaletą tej herbaty były jej liście. Po parzeniu (jak zwykle w przypadku takich oolongów) wypełniły one sporą część czajniczka. Po wyjęciu ich, zauważyłem że większość jest na prawdę pokaźnych rozmiarów. Jednak jeżeli chodzi o smak herbaty, to polecam oolongi, o których wspomniałem już wyżej. Moja ocena nie jest taka wyłącznie dla parzenia sposobem zachodnim, ponieważ podobne odczucia miałem w przypadku parzenia jej w stylu Gong-fu Cha.
Na koniec, w związku z tym że jest to pierwszy wpis w 2016 roku, chciałbym życzyć Wam zdrowia, pomyślności, radości i wyśmienitych herbat na Waszych herbacianych szlakach!
Smak naparu z pierwszego parzenia był aksamitny, kwiatowy i roślinny, ale nie tak śmietankowy, jak inne tajwańskie oolongi. Jednak tak jak już wspomniałem, dla mnie nie jest on powalający, tylko taki standardowy. Kolejne było podobne do pierwszego, i nie miało jakichś odmiennych cech. Ostatnie, zdecydowanie mniej kwiatowe i mniej aksamitne.
Niestety największą zaletą tej herbaty były jej liście. Po parzeniu (jak zwykle w przypadku takich oolongów) wypełniły one sporą część czajniczka. Po wyjęciu ich, zauważyłem że większość jest na prawdę pokaźnych rozmiarów. Jednak jeżeli chodzi o smak herbaty, to polecam oolongi, o których wspomniałem już wyżej. Moja ocena nie jest taka wyłącznie dla parzenia sposobem zachodnim, ponieważ podobne odczucia miałem w przypadku parzenia jej w stylu Gong-fu Cha.
Na koniec, w związku z tym że jest to pierwszy wpis w 2016 roku, chciałbym życzyć Wam zdrowia, pomyślności, radości i wyśmienitych herbat na Waszych herbacianych szlakach!