9.07.2016

Herbaty Shincha 2016 z ogrodów p. Shibamoto

Wyczekiwane i świeże tegoroczne herbaty z Japonii zagościły w moim barku (tak... jedni mają w barku wódkę, koniaki, whisky... a ja mam herbatę). A herbaty są nie byle jakie, ponieważ pochodzące z ogrodów p. Shibamoto, usytuowanych w prefekturze Shizuoka w mieście Makinohara. Dodatkową atrakcją jest fakt (o którym dowiedziałem się na stronie sklepu eherbata.pl, gdzie kupiłem te świeżynki), że lepszy rozwój krzewów zapewniają dwie kozy - Sakura i Momo. Akcenty wsi nie są mi obce i wiem, że właśnie taki "zwierzęcy" nawóz, jest jednym z najlepszych! (Dotyczy herbaty Kamairi Shincha). :)


Chciałbym zacząć od czegoś bardziej nietypowego - Kamairi Shinchy, która była przetwarzana na modłę chińską - czyli liście zostały poddane prażeniu w wokach. Dodatkowym atutem jest to, że wspomniane prażenie zostało przeprowadzone ręcznie. Sam zbiór i obróbka odbyły się 13 maja 2016r.


Jeżeli chodzi o susz, jest on rzeczywiście nietypowy (porównując do innych herbat shincha, z którymi miałem do czynienia). Jedynie dość duża ilość bardzo drobnych kawałeczków liści jest podobna. Natomiast opisując większe elementy, zauważyć można, nazwijmy to "chińskie kształty liścia", a także kilka gałązek. Próbując "wczytać się" w ich zapach, czuję coś charakterystycznego dla matchy. Jeszcze nigdy nie czułem tak wielkiego podobieństwa między matchą a shinchą. Wyczuwalne są tam roślinne nuty, które kojarzą mi się z aromatem, który wydobywa się ze zgniecionych liści owoców pestkowych: śliwki, czereśni czy wiśni. Nie ma w nim absolutnie morskości.


Kamairi Shinchę zaparzyłem w shiboridashi, które kupiłem ostatnio na Święcie herbaty w Cieszynie. Ma ono pojemność około 100 mililitrów, więc jest dokładnie takie, jakiego poszukiwałem. Użyłem 2,5g herbaty, a także wody o temperaturze 80 stopni. Parzenia trwały kolejno: 1:30, 1:00, 3:00.


Liście w wygrzanym shiboridashi skumulowały bardzo złożony zapach. Był on zdecydowanie japoński, bardzo roślinny, z naprawdę delikatnym słonym akcentem. Można było wyczuć też coś, co przypominało smak jądra świeżej pestki wiśni.


Napar wyszedł bardzo żółty, co widoczne jest nawet przy czarkach o tak ciemnym wnętrzu. Aromat był słodki, roślinny i rzeczywiście wiśniowy. W sklepie wspominają nawet o zapachu liści sakury. Niestety nie miałem przyjemności spróbować naparu z tych liści, więc porównania nie mam. Jednak najciekawsze w tym wszystkim jest to, że akcenty takiej polskiej ogrodowej wiśni są wyczuwalne nie tylko w aromacie, ale i w smaku. Napar wydaje się oleisty, roślinno-kwiatowy, z wyczuwalnym akcentem goryczki, która nie jest taka, jak w wyobrażeniu wielu Polaków odnośnie do herbaty zielonej, a kojarzy mi się ze wspomnianą pestką, która zostaje w ustach na długo po wypiciu.


Kolejne parzenie było lekkie w swojej oleistości. Roślinność zlała się ze wspomnianym pestkowym akcentem, przy czym goryczka zmalała do minimum. Trzecie, ostatnie parzenie było najbardziej zwiewne i płynne. Nie było tak gęste jak dwa poprzednie, natomiast na pierwszym planie pozostały delikatne, wspomniane już akcenty. Wydaje mi się, że to parzenie było najbardziej ściągające. Jest to z pewnością shincha całkiem inna niż pozostałe. Z jednej strony wyjątkowa, z drugiej, jak na produkt japoński - dziwna. Jednak dziwna w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Dwie następne będą shinchami podobnymi, ponieważ jedna z nich będzie wersją bardziej podstawową (Shincha Makinohara Take), a druga - wersją premium (Shincha Makinohara Matsu). Obie zbierane były 2 maja br. Dodatkowe informacje dla obu herbat to: kultywar krzewu - Yabukita. Jak przeczytałem na stronie sklepu, jest to najbardziej tradycyjna japońska odmiana krzewu. Ciekawy jest również fakt, że data zbioru jest dniem po "Osiemdziesiątej ósmej nocy", którą uważa się za początek zbiorów. Zarówno Shincha Take, jak i Matsu to senche fukamushi, czyli są długo parowane (źródło: eherbata.pl).


Zacznę od Shnchy Makinohary Take, żeby przejść od "gorszego" do "lepszego". Jednak czy w przypadku takich herbat można mówić o czymś lepszym i gorszym? Nie bardzo... Tak więc stwierdzenie to potraktujmy bardziej teoretycznie.


Parzenie wykonałem w moim większym hohinie (około 180ml), wykorzystując wodę o temperaturze 75 stopni. Parzenia trwały kolejno: 1:00, 0:20, 0:40. Zapach liści w ogrzanym naczyniu skojarzył mi się z roślinnością, połączoną z nutami owocowymi. Jakiś melon, mango, może papaja. W zapachu było wyczuwalne umami.


Pierwsze parzenie dało mętny napar, o silnym aromacie roślin z owocową nutą. W smaku na wstępie pojawiła się minimalna goryczka, która przeobraziła się w ciekawą i owocową słodycz, na długo pozostającą na podniebieniu i z tyłu języka. Goryczce towarzyszyło też delikatne ściągające uczucie. Umami również było na wysokim poziomie.



Chciałoby się powiedzieć, że to najlepsza shincha, jaką piłem w życiu. Jednak to samo pomyślałem o wcześniejszej... a pamiętać muszę, że przede mną jeszcze degustacja wersji premium! Myślę, że każda shincha p. Shibamoto jest wyjątkowa i najlepsza.


Drugie parzenie dało napar bardziej mętny, przez co pojawiło się uczucie gęstości naparu. W aromacie wyczułem wyraźną roślinność. Tym razem w smaku nie pojawiła się ta początkowa gorycz. Sama słodycz nie jest silna, gdyż przytłacza ją wytrawna roślinność, która pozostaje w ustach na długo. Dopiero po chwili pojawiło się coś goryczkowatego, jednak utrzymywało się to z tyłu języka i w tylnej części podniebienia.

Napar III parzenia.

Ostatnie parzenie było również ciekawe. Dało wyniki, które były połączeniem dwóch wcześniejszych parzeń. Goryczka taka jak w II parzeniu, pojawiła się na wstępie (jak w I) z delikatną słodyczą gdzieś w tle.


Ostatnią będzie wspomniana już Shincha Makinohara Matsu. Postanowiłem tym razem potraktować ją łagodniej, w związku z czym na pojemność 100ml użyłem 3g suszu. Woda też była chłodniejsza - miała 70 stopni. Czasy parzeń pozostały natomiast bez zmian.


Pierwsze parzenie dało żółto-zielony napar. Również był delikatnie mętny. W smaku wydawała się bardziej kwaskowata, jednak tylko na początku. Smak okazał się eksplozją w ustach. Trochę cytrusów, roślinność, szczypta goryczki oraz ściągające uczucie (tylko na wargach). Ta wersja okazała się delikatniejsza, ale pełniejsza w smaku. Wszystko jest w niej bardziej ułożone i wytrawne, a roślinność zlała się z owocowym akcentem.




Za drugim razem aromat znowu był roślinny. Nie pojawił się też żaden "cięższy" akcent. Myślę, że było to spowodowane niższą temperaturą (na pewno poeksperymentuję jeszcze z takimi parametrami i wersją Take). Napar był bardzo płynny, delikatny... wyśmienity! Po prostu bomba roślinno-owocowa.


Natomiast ostatnie parzenie chyba... zepsułem. Prawdopodobnie nie zlałem całości z poprzedniego parzenia, w związku z czym wyszedł mi najgęstszy, najbardziej zielony napar, niczym zupa szpinakowa. Na szczęście goryczka nie zdominowała innych akcentów, jednak była wyczuwalna najbardziej ze wszystkich parzeń. Co ciekawe, goryczka była spleciona z lekką i orzeźwiającą kwaskowatością.




Przekrój przez trzy różne Shinche był ciekawym doświadczeniem. Uzupełnię go (jak już wspomniałem) eksperymentami z każdą z nich. A może warto rzucić czasem w cholerę stoper w telefonie, wagę, termometr i zrobić coś na wyczucie? Tym bardziej, że ostatnio zaparzony pu-erh właśnie w taki sposób smakował mi najbardziej? Nie wiem jednak, czy odważę się zrobić to z herbatą zieloną na dodatek z Japonii. Jednak kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana... a może wtedy właśnie Shincha okaże się przysłowiowym szampanem?

4.07.2016

Święto herbaty w Cieszynie / Svátek čaje (2.-3.07.2016)

Od kilku lat wybierałem się do Cieszyna na to niesamowite dla każdego herbaciarza święto. Koniec końców, po "wieloletnich" próbach udało się!




Na temat samego święta czytałem już wiele: były to wpisy na blogach, różnego rodzaju relacje, serie zdjęć, jednak już teraz wiem, że najlepsza i najbardziej szczegółowa relacja nie odda niesamowitej atmosfery panującej w tym czasie na Wzgórzu Zamkowym w Cieszynie! Nie wystarczy przeczytać, pooglądać zdjęcia - tam trzeba po prostu być!



Początkowo ludzi było niewielu. Jednak z każdą chwilą napływały fale zadowolonych herbaciarzy (i nie tylko). Co jest w tym wszystkim najlepsze, to fakt, że nawet osoba, dla której herbata jest zwykłym napojem, jakimś podstawowym dodatkiem do śniadania, bazą do której dodaje się cukier, mleko czy cytrynę, znajdzie coś dla siebie. Wszystko to za sprawą niesamowicie rozbudowanego programu festiwalu, a także (przede wszystkim) za sprawą WSPANIAŁYCH LUDZI, którzy znaleźli się w jednym miejscu o jednym czasie.




Na Święcie Herbaty było wiele stoisk: z herbatą, ceramiką a także innymi rzeczami (mniej lub bardziej związanymi z herbatą). Całość tworzy niesamowite miejsce, które nazwałbym rajem dla herbaciarzy. Możliwe były także spotkania ze sprzedawcami, którzy zaparzali do degustacji różne herbaty. Takim oto sposobem spróbowałem wspaniałego sheng pu-erha na stoisku u Wojtka z The Tea, oraz czarną herbatę z Korei, zaparzoną przez Monikę oraz Piotra z Czajowni. Z tego, co pamiętam, parzyli też drugiego dnia fenomenalnego Feniksa. Każda z herbat była na swój sposób inna i każda wyjątkowa!










Parzenia herbat nie ograniczyły się tylko do tego, co oferowali sprzedawcy. Święto herbaty urozmaiciło mi parzenie Senchy Kyoto oraz najlepszego Gunpowdera na świecie, w wykonaniu Krzyśka, Kuby oraz Jaśka. Przy okazji zaparzyliśmy także rosyjski Ivan Czaj, wykorzystując do tego różne dziwne instrumenty (np. do odcedzenia gotowego naparu):



Żeby nie było że jesteśmy święci, że pijemy tylko herbatę i że nad naszymi głowami unoszą się aureole, trzeba wspomnieć o pojawiającym się od czasu do czasu piwku czy czymś mocniejszym z dodatkiem herbaty matcha! Coś naprawdę oryginalnego. :)


Wydma pustynna z Czajowni - oczywiście bezalkoholowa.
Jednak bardzo gasząca pragnienie w upalną sobotę!

Ogromnym zaskoczeniem były też sprzedawane bezalkoholowe shoty na bazie herbaty, które stawiały na nogi najbardziej zmęczone umysły.



Pierwszego dnia festiwalu, razem z Agnieszką, Joasią, Rafałem wziąłem udział w panelu dyskusyjnym, prowadzonym przez Anię o Świadomości herbacianej i polskich blogach herbacianych. Drugiego dnia odbył się panel o tym, Co Polacy wiedzą o herbacie.



Nie obyło się także bez pamiątek. Przywiozłem ze sobą wspaniałe shiboridashi autorstwa Grzegorza Ośródki z wypału, o którym pisała Jola na swoim blogu, dwie czareczki, piwo Perła Tajwanu z browaru Fabrica Rara, próbkę herbaty Tanyang Gongfu Hong Cha od TheTea. Nie mogę też zapominać o herbatach wietnamskich od Łukasza: zielonej klasycznej a także zielonej aromatyzowanej jaśminem.



Żałuję tylko, że nie byłem na Wzgórzu Zamkowym o odpowiednim czasie - kiedy skończyły się wypalać czarki, które na warsztatach obkładaliśmy warzywami, solą i cukrem. Niestety, nawet nie wiem, jakie rezultaty daje tytułowa vege ceramika...



Myślę, że to byłoby na tyle. Jeżeli nie byłeś/nie byłaś na Święcie herbaty w tym roku, koniecznie musimy spotkać się tam za rok! Ze swojej strony gwarantuję jedno - niesamowicie spędzony czas! :) A selfie pożegnalne... musi być!


P.S. Dziękuję jeszcze za możliwość udostępnienia niektórych powyższych zdjęć, które urozmaicają cały post! Oklaski za piękne zdjęcia należą się Agnieszce, prowadzącej bloga mycupofgreentea, a także Jaśkowi, który cyknął fotkę podczas parzenia Iwan Czaju!