06.05.2017

Pinglin Roasted Baozhong Oolong

Wiosna w pełni! W ogrodzie kwitną (bądź już przekwitają) jabłonie, wiśnie oraz inne drzewa owocowe. Czas ucieka... W ostatnim czasie wypiłem wiele herbat, a w tym roku nie powstał jeszcze żaden wpis z degustacji. Złą passę trzeba jednak w końcu przerwać. Zabrałem do domu gałązkę jabłoni... i cały wczorajszy dzień zastanawiałem się, jaką herbatę mógłbym zaparzyć i opisać. Wybór był dość trudny. Koniec końców... zdecydowałem się na herbatę Bao Zhong z kwietniowej subskrypcji od TheTea. Sam Pinglin Baozhong jest dość niestandardowy, gdyż jak możemy przeczytać w załączonym opisie - silnie prażony.


Pierwszy kontakt z herbatą - jeszcze w opakowaniu, to ogromne zdziwienie, ponieważ przejawiała ona charakter bardziej owocowy i ciepły w odbiorze. Pojawiła się też prażona nutka, którą określiłbym jako delikatniejszą, idealnie uzupełniającą owocowy akcent herbaty. Ostatecznie stwierdziłem, że susz jest niczym słodkie jabłko pieczone na patyku nad ogniem. Kwiatów... nie stwierdzono. Sama herbata była zbierana w maju 2016 roku, natomiast prażenie odbyło się w październiku tego samego roku.


Po przełożeniu liści do ogrzanego naczynia pojawiła się nutka, którą z łatwością zidentyfikowałem. Były to tropikalne owoce z dodatkiem lekkiej kwaskowatości. Na myśl przyszedł mi charakter, który znam z herbat Dancong.

Parametry, których użyłem do zaparzenia tej herbaty, przedstawiają się następująco: 4g suszu, gaiwan o pojemności około 90ml, świeżo zagotowana woda od razu przelana do wygrzanego termosu. I o ile mogę śmiało podać tamte parametry, to odnośnie do czasu nie będzie już tak łatwo, gdyż było to parzenie intuicyjne. Kierowałem się jedynie radą Wojtka: "serie krótkich zaparzeń".


Pierwsze parzenie - napar przelany do czarek, od razu dał znać, że od tej herbaty nudą nie wieje. Zmiana była diametralna. O ile mógłbym wcześniej przewidzieć, jakiego smaku mogę od tej herbaty oczekiwać, to muszę przyznać, że zrobiła mi psikusa. Pojawił się maślany, nie pieczony, a wypiekany charakter, z delikatnym akcentem kwiatów oraz silniejszym aromatem owoców. Smak był dość delikatny (chyba pierwsze parzenie było zbyt krótkie). Maślany akcent był otulony czymś subtelnym (to coś przywodziło mi na myśl tajwańskiego zielonego Ali Shana, którego miałem okazję degustować jakiś czas temu).


Za drugim razem napar pachniał zdecydowanie Tajwanem! Jednak dalej nie pojawiły się charakterystyczne nuty herbat Pouchong, ale takie, które przypisujemy oolongom odrobinę bardziej oksydowanym. Natomiast w smaku wyczuwalne stały się cięższe nuty: coś pomiędzy prażeniem a pieczonymi owocami.


Po trzecim parzeniu zbliżyłem nos do gaiwana. Wyczułem, że liście pachną mi mandarynką. W aromacie pojawił się maślany charakter z owocowym wykończeniem. W smaku też było coś cytrusowego, jednak nie do końca możliwego do zidentyfikowania. Zniknęła słodycz poprzednich naparów, ustępując miejsca interesującej wytrawności. Herbata stała się bardziej roślinna z kwiatowym finiszem.


Od czwartego/piątego parzenia już nie kontrolowałem poszczególnych różnic, ponieważ herbata stała się bardziej jednostajna. Na pierwszym planie były akcenty roślinne, kwiatowe i odrobinę prażone. Wszystkiemu towarzyszyła zwiewna lekkość naparu. Należy jednak zwrócić uwagę, że herbata ta trzymała poziom przez wiele, wiele kolejnych naparów.


Na zakończenie chciałem podkreślić, że w liściach tej herbaty (i kolejnych naparach) skrywa się wszystko to, co możemy znaleźć w oolongach z Chin Kontynentalnych oraz Tajwanu. Pozycja ta przypadnie do gustu miłośnikom nie tylko tajwańskich oolongów, ale też Dancong oraz skalnych oolongów z Wuyi.


Już nie mogę doczekać się, kiedy spróbuję 1980's Aged Bao Zhong Oolong z kwietniowej subskrypcji. Jednak uważam, że ta herbata była wyśmienitym wstępem do poznania innego charakteru wspomnianej herbaty Bao Zhong.

31.12.2016

Tie Guan Yin marki Red Seal Tea od Arti Unici

Czytając Księgę Herbaty O. Kakuzo, natknąłem się na taoistyczną przypowieść O poskromieniu harfy (źródło: O.Kakuzo: Księga Herbaty, wyd. Piaskowy Smok).


Kiedyś, w zamierzchłych czasach, w Wąwozie Lungmen stało drzewo Kiri, prawdziwy król lasu. Wystarczyło, żeby podniosło głowę, aby mogło rozmawiać z gwiazdami, a jego korzenie sięgały głęboko w ziemię, splatając swe brązowe zwoje z cielskiem srebrnego smoka, który spał w głębi. I zdarzyło się, że potężny czarownik zrobił z tego drzewa cudowną harfę, której upartego ducha ujarzmić mógł tylko największy z muzyków. Wiele lat przeleżała ona w skarbcu cesarza Chin, lecz wszelkie próby wykrzesania z jej strun melodii spełzały na niczym. Choć starali się z wszystkich sił, w odpowiedzi harfa brzdąkała chropawo i wzgardliwie w niezgodzie z nutami pieśni, które pragnęli odśpiewać. W żadnym nie chciała uznać pana. W końcu przybył Peiwoh, książę harfiarzy. Delikatną ręką objął harfę niczym ten, kto próbuje ugłaskać narowistego konia, i lekko dotknął strun. Śpiewał o naturze i porach roku, wysokich górach i płynących rzekach, i tak zbudził w drewnie drzewa Kiri wspomnienia. Raz jeszcze między jego gałęziami igrał słodki oddech wiosny. Młodzieńcze wodospady tańczące w wąwozie śmiały się do rozkwitających kwiatów. Wkrótce rozbrzmiały senne głosy lata, a w nich — roje owadów, łagodny stukot deszczu, śpiew kukułki. Słuchajcie! Oto grzmi tygrys — dolina znów odpowiada. Jest jesień, w pustce nocy księżyc ostrym jak miecz blaskiem oświetla oszronioną trawę. Teraz rządzi zima, w ciężkich od śniegu przestworzach krąży stado łabędzi, a grzechoczące kulki gradu uderzają o konary drzewa z gwałtowną rozkoszą. Wówczas Peiwoh zmienił tonację i zaczął śpiewać o miłości. Las kołysał się jak pogrążony w głębokiej zadumie namiętny kochanek. Po nieboskłonie niczym wyniosła panna przemknęła piękna, jasna chmura, lecz przechodząc, rzuciła na ziemię długie cienie, czarne jak sama rozpacz. Melodia znów się zmieniła; teraz Peiwoh śpiewał o wojnie, o dźwięczącej stali i tętencie rumaków. W harfie obudziła się burza nad wąwozem Lungmen, smok ujeżdżał błyskawicę, grzmot jak lawina przetoczył się przez góry. Upojony pięknem chiński monarcha spytał Peiwoha o sekret jego zwycięstwa. 
― Panie ― odrzekł ― inni zawiedli, gdyż śpiewali tylko o sobie. Ja pozwoliłem harfie wybrać pieśń i sam dobrze nie wiem, czy to harfa była Peiwohem, czy Peiwoh harfą.


Dlaczego ta przypowieść znalazła tu swoje miejsce? Może nasunęły Ci się jakieś skojarzenia? Otóż wydaje mi się, że w pewnym stopniu podobnie jest z herbatą, w którą należy wsłuchać się niczym dobry muzyk, aby wydobyć z niej piękny dźwięk. Potraktowana z góry odpłaci się pięknym za nadobne: brakiem charakteru, zwykłym herbacianym brzdąkaniem. Jednak gdy działamy zgodnie z jej naturą, charakterem, nasze zmysły, zwłaszcza zmysł smaku, doświadczą prawdziwego koncertu smaku i aromatu. A wracając do samej książki - polecam zapoznanie się z tą lekturą. Nie tylko poszerza horyzonty herbaciane, ale porusza wiele kwestii nieherbacianych, które krążą wokół samej herbaty. Jest cennym źródłem informacji i inspiracji dla późniejszych rozważań. 

A dzisiaj, niczym w harfę z przypowieści, chciałem wsłuchać się w herbatę Tie Guan Yin, którą dostałem w prezencie od Arti Unici, za co serdecznie dziękuję.


Wiele razy wspominałem, że Tie Guan Yin to chyba jeden z moich ulubionych oolongów, w związku z czym postanowiłem mu poświęcić osobny czajniczek, który hoduję na wspomnianej właśnie herbacie. Jeżeli chodzi o TGY od Red Seal Tea, podobnie jak opisany wcześniej oolong Da Hong Pao, spakowany został w bardzo estetyczne pudełko, w którym skrywa się 10 malutkich, złotych paczuszek. W każdej z nich znajdziemy odmierzoną porcję 5 gramów. Właśnie tyle suszu używam w przypadku parzenia TGY w 250ml czajniczku. Temperatura wody oscyluje wokół 90 stopni. Czas parzeń... oddaję się wszystkim zmysłom, aby herbata mogła sama pokazać, kiedy jest na nią czas. Właśnie wtedy wychodzi najsmaczniejsza!



Wspomniałem o złotej paczuszce... A co znajdziemy wewnątrz? Zwinięte urocze kuleczki, których kolor jest wielce zróżnicowany: od najjaśniejszych do ciemniejszych. Zapach po otwarciu torebki jest dość delikatny, jednak pełny: mleczno-kwiatowy. Kiedy umieściłem je w ogrzanym czajniczku, na pierwszy plan wyszedł mleczny akcent z nutką owoców.


Aromat pierwszego parzenia był silnie kwiatowy, świeży. Skojarzył mi się z nadchodzącą (w niedalekiej przyszłości nadchodzącego Nowego Roku) wiosną.



Smak był eksplozją różnych smaków i skojarzeń, które pojawiły się naraz - w jednym momencie, w jednej chwili, w jednej czarce. Kwiatowy charakter z subtelnym, maślanym akcentem - to stwierdzenie idealnie opisuje jej profil smakowy. Dodatkowo mam wrażenie, że gdzieś z tyłu podniebienia wyczułem coś rodzynkowego.


Kolejne parzenia były początkowo bardziej roślinne, następnie kremowe. W przypadku czwartego zwiększyłem już temperaturę wody.



Do samego końca herbata była paletą herbacianych wspomnień (i to nie tylko tych, których doznałem w czasie mijającego Starego Roku...).

21.11.2016

Mulled Wine & Ginger Green Tea od TET

Dzięki firmie TET miałem w ostatnim czasie możliwość wypróbowania dwóch angielskich herbat niniejszej marki: czarnej Mulled Wine oraz zielonej Ginger Green Tea. Nie ma się co oszukiwać - często jest tak, że zagoniona osoba nie ma czasu na zaparzenie herbaty liściastej, lub też (spotkałem się z takim stwierdzeniem), że czują (oczywiście nieuzasadniony) respekt przed herbatą sypaną: ile jej nasypać, jak pić itd. Wtedy na ratunek przychodzi bardzo wygodna herbata ekspresowa. Jednak w takim przypadku warto sięgać po te smaczniejsze, z naturalnymi dodatkami i aromatami. Dwie pozycje, o których wspomniałem wyżej, zdecydowanie do takich należą. Dlaczego? Przekonacie się o tym w dalszej części wpisu.


Testy zacząłem od zaparzenia mieszanki, której bazę stanowi czarna herbata - Mulled Wine. W eleganckim pudełku znajdziemy 25 saszetek (po 2g każda), natomiast skład każdej z nich przedstawia się następująco: jest to połączenie czarnych herbat z Cejlonu, Kenii oraz Indii, które zostały wzbogacone o imbir, cynamon, kardamon, goździki, skórkę z cytryny i pomarańczy. Jak sama nazwa wskazuje, herbata to bezalkoholowa (i jak się przekonałem - udana) wariacja firmy TET na temat grzanego wina.


Przed zaparzeniem z pudełka wydobywał się zapach przypraw - na pierwszym miejscu kardamonu, którego dopełnieniem były pozostałe składniki. Należy podkreślić, że zapach jest naturalny! Nie znajdziemy w nim sztucznych akcentów (gdyż nawet aromatu nie ma w składzie herbaty - zdecydowanie na plus).


Po zaparzeniu herbaty wodą filtrowaną o temperaturze 98 stopni C, pamiętając o prawidłowej proporcji (1 saszetka na 200ml wody), po 4 minutach od zalania mogłem raczyć się rozgrzewającym naparem, którego smak i aromat jest bardzo przyjemny. Aromat, który unosił się znad kubka był zdecydowany, jednak nie nachalny. Wyczułem w nim i herbatę i przyprawy, z cytrusową nutą. To samo w smaku - dodatki nie stłumiły charakteru czarnej herbaty, za to tworzyły z nią idealnie dobrany akompaniament.



A co powiedzielibyście, Drodzy Czytelnicy, korzystając z okazji, że mamy tutaj "bezalkoholowe wino", żeby zrobić na jego podstawie herbaciany poncz? W tym celu do kubka wycisnąłem sok z połowy pomarańczy, wrzuciłem plasterki cytryn i pomarańczy, kilka goździków, kardamon, połowę gwiazdki anyżu, kawałek laski wanilii, a całość uzupełniłem herbatą. Efekt? Fantastyczny! Był to idealny sposób na chłodny jesienny wieczór.



Herbatę Ginger Green Tea zaparzyłem dokładnie w taki sam sposób, co wcześniejszą czarną. Kiedy otworzyłem opakowanie, i wyjąłem saszetki z folii, która zabezpiecza całość przed utratą aromatu, wyczułem naturalny zapach imbiru: pikantny, odrobinę cytrusowy, orzeźwiający. Całości towarzyszył ziołowy akcent, który z pewnością pochodził od zielonej herbaty.



Pomyślałem sobie, że dodając do ostudzonego naparu kostki lodu, kilka plastrów limonki oraz gałązki mięty, herbata może być idealną bazą do stworzenia fajnej i orzeźwiającej Ice Tea na lato.


Sama mieszanka wydaje się klasyczną propozycją marki TET, która ma przekonać swoją prostotą. Świadczy o tym skład herbacianych torebek: zielona herbata, imbir. Klasyczne połączenia zawsze do mnie przemawiają - i zwykle odbieram je na plus. Zawsze uważałem, że warto iść właśnie w tę stronę.


Po zaparzeniu i przelaniu naparu do kubka, stwierdziłem, że aromat przypomina mi świeżo ułamany kawałek imbiru, który wydziela przyjemny, ostry i cytrusowy aromat. Jeżeli chodzi o smak herbaty, mam wrażenie, że do zielonej herbaty został dodany wyłącznie kawałek świeżego kłącza.



Tak nieskomplikowaną mieszankę można wzbogacić równie nieskomplikowaną cytryną. Jej plasterek świetnie urozmaici i uwypukli smak zielonej herbaty i imbiru. 


Na sam koniec chciałbym zaprosić Was do wzięcia udziału w konkursie, który został zorganizowany przez markę TET. Kto nie zechciałby wziąć udziału w podróży swojego życia? Możecie spróbować swoich sił we wspomnianym konkursie, klikając w grafikę poniżej: