27.11.2014

Grzane Wino

Czarna, aromatyzowana herbata, o zachęcającej nazwie "Grzane wino", to kolejna, jesienna pozycja, którą spotkać możemy w sklepie z herbatą i kawą Five o'clock. 




Jak już wspomniałem, jest to czarna herbata, pochodząca z Chin. Nazwa, dodatki oraz aromat, są wprost idealne, na długie, jesienno-zimowe wieczory, kiedy nic nam się nie chce robić. Można w niej znaleźć liczne dodatki, w postaci całych owoców jeżyny, skórki pomarańczy, a także goździków, które według mnie (z pewnością nie tylko) bardzo dobrze komponują się z pomarańczą. Oprócz wymienionych dodatków, całość dopełniają kolorami płatki róży, a także ostu. Jednak wydaje mi się, że smaku naparu w żaden sposób nie zmieniają.


Susz herbaciany pachnie na prawdę bardzo przyjemnie. Według mnie nie przypomina on w stu procentach aromatu grzanego wina, jednak kojarzy mi się z marcepanem, który bardzo lubię. 

Po 3 minutach parzenia herbaty wrzątkiem, napar, ciemnego bursztynu, jest dość delikatny, jak na realia czarnej herbaty. Smak jest dość mocny, jednak za nic w świecie nie przypominający grzanego wina. Nie jest ona nie wiadomo jaka, jednak to absolutnie nie dyskwalifikuje tej pozycji, ponieważ smaczna ona jest. 


15.11.2014

Pai Mu Tan

Szukając informacji na temat herbat białych, nie sposób nie spotkać się z nazwą jednej, z najbardziej popularnych jej przedstawicieli - Pai Mu Tan. Termin ten oznacza Białą Piwonię. Można też spotkać się z inną jej nazwą: Bai Mu Dan. Jednak to ta pierwsza, przypadła mi bardziej do gustu. 

Herbata, którą zakupiłem, pochodzi oczywiście z Chin. Listki zrywane są w prowincji Fujian. Posiada ona bardzo dużą ilość młodych, delikatnych zielonych listków, a także pączuszków. 


Listki postanowiłem zaparzać w dolnej, polecanej temperaturze, czyli 85 stopni C. Z 8 gram herbaty, na 400 mililitrów wody, udały mi się trzy parzenia, które trwały kolejno:
  • 2 minuty 30 sekund;
  • 3 minuty 30 sekund;
  • 6 minut.
Herbaty dzisiaj chciałem napić się odrobinę więcej, więc postanowiłem zaparzyć ją w szklanym dzbanku, aby następnie przelać gotowy napar do mojego ulubionego czajniczka z chińskiej porcelany kostnej, z motywem kwitnącej wiśni.


Pierwszy napar wyszedł dość mocny, pomimo swojej delikatności. Jest to dla mnie interesujące połączenie, w którym można odnaleźć to, czego oczekuje się od herbaty. Początkowo wyczuwałem bardzo delikatną nutę goryczki, która przy kolejnym łyku herbaty, według mnie zniknęła. Poza tym herbata okazała swój roślinny akcent (który przy każdym jej zaparzaniu, kojarzy mi się ze smakiem majowych liści kasztanowca, chociaż oczywiście nigdy ich nie próbowałem:)). Czułem smak lekkości wiosennej łąki. Słowa te idealnie określają charakter tej herbaty. Dodatkowo, zauważyłem na powierzchni naparu w czarce, unoszący się meszek herbaciany. 


Napar drugi ma taki sam odcień (chociaż nie jestem tego w stu procentach pewien). Z koloru przypominał mi złoto, wpadające w delikatną barwę bardzo jasnego brązu. Smak, pomimo zdecydowanego koloru - łagodniejszy. 

Parzenie trzecie - trwające 6 minut, dało jaśniejszy od pozostałych, ciemno słomkowy napar. W smaku, był delikatny, i wyczułem, że to już ostatnie parzonko tej herbaty. Napar ten, przez swoją ogromną delikatność, bardzo mnie zachwycił swoim niby niewinnym charakterem. 

Listki, po pierwszym parzeniu wyglądały w następujący sposób. Postanowiłem wykonać to zdjęcie, ponieważ jak dla mnie, wyglądają jakby dopiero co zerwane z herbacianego drzewa. 


Podsumowując, smak herbaty był zwykle delikatny, aksamitny. Jej świeżość i roślinność, przełanama skrajną delikatnością, wpadającą w coś zdecydowanego, okazała się bardzo ciekawym doświadczeniem. Pomimo, że nie jest to najwykwintniejsza z dostępnych białych herbat, to bardzo doceniam ją, i postanawiam się z nią jeszcze bardziej zaprzyjaźnić.

02.11.2014

China Green Lychee Congou

Kilka słów o zielonej herbacie Congou w wersji aromatyzowanej, napisałem w moim poprzednim poście, który znajduje się pod >>tym linkiem<<. Historia jej zakupu, jest dokładnie taka sama, jak w przypadku wersji różanej.

Dzisiaj, chcę napisać kilka słów o tej herbacie, z dodatkiem aromatu liczi. Zapach suszu nie jest tak piękny, jak w poprzedniej. Nie zachęca do zaparzenia tak bardzo, jak wersja różana. 


Co do samego zapachu suszu, to nie jestem przekonany, czy tak określił bym zapach owocu liczi. Pamiętam, gdy miałem pierwszy raz styczność z tym owocem... zapach ten i smak pozostaje mi w pamięci do dziś. A listki? - daleko im do tego aromatu... 

Napar przygotowałem tak samo... woda: 70 st.C, 2 minuty. Kolejne, drugie parzenie - 3 minuty. A jego smak... znowu nie czuję liczi. Wyczuwalne jest to, że herbata jest czymś aromatyzowana. Sam nie wiem, jak określił bym smak... Jednak do tytułowego owocu jest jej bardzo daleko. Co nie znaczy, że herbata jest zła. Jednak nie tego się po niej spodziewałem. Smak wydaje mi się odrobinę bardziej gorzki, niż w przypadku herbaty z różą. 



Cieszę się, że mogłem wypróbować dwie, prawie te same herbaty, różniące się jedynie dodatkami, ponieważ zauważyłem różnice, jakie płyną z tych dwóch dodanych aromatów. 

China Green Rose Congou

Długo zastanawiałem się, jaką herbatę chciałbym opisać w kolejnym poście. Kilka dni temu, postanowiłem napisać kilka słów o pewnej herbacie klasycznej... jednak los płata mi czasem małe figle, i tak oto... powstał kolejny post o herbacie zielonej, aromatyzowanej. 

To, jak trafiła ona do mnie, uważam za totalny przypadek. Przeglądając stronę, na której sprzedawane są herbaty, natknąłem się na dość sporą promocję. Długo się nie zastanawiając, kupiłem herbatę China Green Rose Congou. Oprócz tej, dokupiłem taką samą, w wersji Lychee. Wcześniej oglądałem ją już. Jednak nie zachęciła mnie ona w takim stopniu, aby kupić jej chociaż 50 gram. Po fotografii samego suszu, wydawała mi się dość mocna (nie wiem dlaczego, również gorzka). I uważam to za ogromny błąd, że tak długi okres z tym zwlekałem, ponieważ okazało się zupełnie... przeciwnie. 


Na zdjęciu powyżej, widoczny jest susz herbaciany. Pachnie bardzo przyjemnie. Przypomina mi dzieciństwo, kiedy rozpoczynał się okres jesieni, i w naszym ogrodzie nadchodził czas przygotowania róż do spoczynku zimowego. Wtedy zabierałem jeszcze kwitnące kwiaty, czy pączki do domu. I to one pachniały dokładnie tak, jak pachnie ta herbata. Zapach nie jest nachalny, pomimo, że mogę go określić jako bardzo zdecydowany, mocny. Listki uzupełnione drobnymi płatkami róż, które przy zaparzaniu wyglądają, jakby zostały dopiero co oderwane z całości kwiatu. 

Herbatę tę, parzę zwykle dwukrotnie, wodą o temperaturze 70 stopni C. Pierwsze parzenie trwa 2 minuty, kolejne - o minutę dłużej. 


W smaku, równie jak w zapachu, herbatka jest bardzo przyjemna. Wyczuwam w niej bardzo delikatną gorycz, która jest bardzo fajna, a nie spowodowana zbyt długim parzeniem, czy zbyt wysoką temperaturą. Pomimo swojej delikatności, przełamanej delikatną nutką goryczy, herbatę określił bym jednak jako bardziej intensywną w smaku. Jeżeli ktoś zapytał by mnie, czy polecam tę herbatę, lub czy powrócił bym kiedyś do niej, to odpowiedź, bez większego zastanowienia, była by twierdząca. 

A teraz chciałbym napisać jeszcze kilka słów, nie związanych do końca z herbatą. Przeglądając witrynę z pamiątkami, znalazłem tam rzecz, przywiezioną dawno temu z Tunezji, która jest idealnie dopasowana do tej herbaty. Jest nią mineralna róża pustyni... 


Zauważyłem, iż post ten zawiera w sobie ogromną ilość wspomnień, do których mam ogromny sentyment... cieszę się, że mogę napisać o nich kilka słów tutaj, aby móc wspominać je częściej, niż dotychczas.